test content
X
login

hasło


X

WPISZ ADRES E-MAIL
PODANY PRZY
ZAKŁADANIU KONTA




ZAREJESTRUJ
Twój Nick
Pod takim Nickiem będziesz widoczny dla innych

login
Może być taki sam jak Twój Nick
Login będzie Ci potrzebny do logowania
hasło

powtórz hasło
Akceptuję regulamin

Zapamiętaj swój login i hasło. U nas nie ma możliwości odzyskania straconego hasła


  Masz już konto?
ZALOGUJ SIĘ
Logowanie
Ustaw stronę jako startową KONKURSY NAJNOWSZE WPISY BLOG TYGODNIA
KATEGORIA
2019-05-28 17:15:05
Listy do utraconej - recenzja
Książka pod tytułem "Listy do utraconej" wyszła spod ręki Brigidy Kemmerer w 2017 roku i zachwyciła ludzi na całym świecie.

Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę na wakacjach. Mocno przemówił do mnie tytuł utworu jak i piękna okładka.

"Listy do utraconej" to przede wszystkim opowieść o problemach nastolatków, gdzie miłość gra drugorzędną rolę.

Wszystko zaczyna się od tego, że Juliet Young traci matkę w wypadku samochodowym. Nie może się z tym pogodzić i niemal codziennie przychodzi na cmentarz, by zostawić na jej grobie ręcznie napisane listy, w których opisuje swoją tęsknotę za nią. Pewnego dnia jeden z listów zostaje znaleziony przez Declana Murphy?ego, który w ramach kary odbywa prace społeczne na owym cmentarzu. Poruszony słowami dziewczyny Declan postanawia odpisać, zapewniając ją, że wie przez co ona przechodzi. W ten sposób nastolatkowie wymieniają się listami przepełnionymi bólem i pytaniami, na które dotąd nie znaleźli odpowiedzi. Pomiędzy nimi wytarza się niewidzialna nić zrozumienia ? wkrótce obydwoje zaczynają się zastanawiać: "Kim jest osoba po drugiej stronie?".

W "Listach do utraconej" przeważa poczucie winy, poszukiwanie sensu w wydarzeniach, a także analiza popełnionych błędów i swoich postępowań. Książka opowiada o stracie ważnej osoby, a także o wielkim bólu, który się z tym wiąże. Autorka wplotła tutaj także wątek niepełnej rodziny i relacji między nastolatkami a dorosłymi. Przedstawiła sposób myślenia i postrzegania oczami siedemnastolatków a także ich rodziców. Choć cierpienie jest tematem przewodnim, znajdziemy tutaj także piękną opowieść o potrzebie miłości, akceptacji i przyjaźni. Mimo smutnego charakteru, tekst emanuje nadzieją i mówi o lepszym jutrze. Ludzie, którzy przeżyli w swoim życiu podobne rzeczy jak Juliet czy Declan, utożsamią się z bohaterami i znajdą wiele wskazówek, jak poradzić sobie z negatywnymi emocjami.

Kiedy czytałam "Listy do utraconej" kompletnie nie spodobał mi się styl autorki, wydawał mi się nieciekawy i dziecinny, po prostu zły. Skupiłam się na wątku miłosnym, który kompletnie nie był ważny, przez co się zawiodłam. Bohaterowie nie przypadli mi do gustu, moim zdaniem byli nudni i naprawdę głupi, jedynie fabuła ratowała cały utwór ? te niesamowite, nieoczekiwane zwroty akcji sprawiły, że poczułam się jak na jakieś kolejce wysokogórskiej. Nie zwróciłam uwagi na to, co autorka chciała przekazać czytelnikowi i wiem, że popełniłam przez to wielki błąd.

Po ponownej analizie "Listów do utraconej" rozumiem, że Brigida Kemmerer tak naprawdę stworzyła coś niezwykłego, coś co trzymało w napięciu i owiane było tajemnicą oraz zawierało czytelne przekazy na ważne tematy. W przyszłości na pewno sięgnę po więcej dzieł tej autorki, szczególnie po drugi tom "Listów do utraconej" - "Więcej niż słowa" - o którym dowiedziałam się niedawno. Myślę, że każdy powinien przeczytać tę książkę - nawet dorośli.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-25 09:16:59
Koniec "Marcepanki"
Cześć! Przychodzę tylko z wiadomością, że opowiadanie o Marcepance dobiegło końca. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili chwilę, by to przeczytać. Może zdołałam przekazać wam coś ważnego w ten sposób.

Jeśli nie czytaliście Marcepanki, zachęcam abyście cofnęli się w dół na moim blogu i znaleźli początek opowiadania. Na pewno nie pożałujecie!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 5 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-25 09:13:17
Marcepanka cz.7
***

14.09.1918
Kochana Danusiu,

Ten list będzie zasadniczo krótki, ale wszystko idzie w dobrym kierunku! Już niedługo powinniśmy się zobaczyć. Proszę, pomódl się za mnie i bądź dobrej myśli.

Kocham Cię,
Henryk

***

Kilkanaście miesięcy po moich 18 urodzinach marzenie moje i wielu tysięcy Polaków spełniło się ? wojna się zakończyła a Polska odzyskała niepodległość.

W radosnym nastroju oczekiwaliśmy powracających z frontu żołnierzy i obserwowaliśmy, jak odradza się nasza ojczyzna. Zanim jednak doczekałam się powrotu Henryka, czekało mnie inne spotkanie - z rodzicami.

Bałam się spotkania z nimi. Rozłąka była bardzo długa, przez ten czas nie tylko wydoroślałam i z podlotka stałam się kobietą. Wojna bardzo mnie zmieniła. Zrozumiałam, co w życiu jest ważne, o co warto walczyć. Nie chciałam zrezygnować z "nowej" siebie i znowu wpaść z sidła konwenansów. Wiedziałam, że rozmowa będzie bolesna dla obu stron.

Jakież było moje zdziwienie i radość, kiedy ojciec i matka czule mnie przytulili na powitanie, a potem, cierpliwie mnie wysłuchali. Kiedy skończyłam moją opowieść, ojciec wstał, ujął mą dłoń i pochylając, się złożył na niej pocałunek. Kiedy spojrzałam na niego ze zdumieniem, powiedział lekko łamiącym się głosem:

- Kochana córeczko, jesteśmy z ciebie bardzo dumni. Ciotka Ludwika napisała do nas w liście, jakich ważnych spraw się podjęłaś, jak pomagałaś rannym w szpitalu. Każdy rodzic byłby dumny z dziecka, które ma w sobie tyle dobroci dla ludzi i miłości do ojczyzny. Jako powstaniec jestem dumny, że moja córka kontynuuje tradycje rodzinne i służy swojemu krajowi. - Łzy zaszkliły się w oczach ojca, matka płakała otwarcie?

To był najszczęśliwszy moment w moim życiu - znowu byłam z rodzicami, a oni byli ze mnie dumni?

Nie mogłam się tylko doczekać, kiedy poznają Henryka?

***

Dokładnie dziesięć dni później, kobiety otrzymały prawa wyborcze na mocy artykułu pierwszego dekretu wyborczego, który głosił, że ?wyborcą jest każdy obywatel państwa bez różnicy płci?. Na pewno równie ważną rolę w zmianie dekretu odegrał Zjazd Kobiet w 1917 roku, który pokazał, że panie mogą tworzyć wyraźną siłę polityczną i nie są tylko gospodyniami domowymi.

Przełomem było też zgromadzenie się wielu kobiet przy rezydencji Józefa Piłsudskiego i stukanie parasolkami w jego okna. Padał śnieg, gdy marzłyśmy prawie przez całą noc, domagając się należytych praw. Jak widać, było warto.

Gdy walczy się o coś dla dobra zbiorowości, zawsze jest warto.

***


Dochodziła godzina pierwsza w nocy, kiedy Anita w pocie czoła kończyła pisać swoją pracę na konkurs literacki.

Musiała przyznać, że cała historia Danuty bardzo na nią wpłynęła. W ostatnim czasie przemyślała parę spraw, naprawdę poważnie. Mogła też powiedzieć, że może trochę nawet dorosła i zmieniła punkt widzenia na różne sprawy.

Po pierwsze zaczęła spędzać mniej czasu w social mediach, bo uznała, że to zabierało jej kawał życia. Zaczęła bardziej interesować się polityką i sytuacją na świecie, bo nie wiadomo było, czy nie zdarzy się coś, co nie zmieni biegu historii. (Dużo mówiło się o III wojnie światowej).

Anita bardzo przeżywała relacje Danuty z rodzicami i postanowiła nie dopuścić do takiej sytuacji w swojej rodzinie, toteż zaczęła pielęgnować swoje relacje z mamą i tatą. Coraz częściej proponowała drobne prace i pomoc przy obowiązkach domowych, kiedy miała czas i chętniej rozmawiała z rodzicami na różne tematy. (Oni zaczęli nawet grać wspólnie w Scrabble!).

Wspomnienia Danuty znacznie wpłynęły na jej zmianę na lepsze, przez co Anita zrozumiała, że była naprawdę jedną z tych nastolatek, które nic nie dawały od siebie a tylko brały.

Po głębokim namyśle, postanowiła wstąpić do kółka wolontariatu w swojej szkole i trochę chętniej angażować się w życie szkolne.

Mając czas, spacerowała po mieście, napawając się świadomością, że może żyć w wolnym kraju takim jak Polska, która wiele w historii przeszła i na pewno jeszcze przejdzie.

Pogodziła się nawet z Alkiem i potrafiła nawet znaleźć w nim trochę z Henryka Danuty. Chciała nawet do niego wrócić, ale zrezygnowała z tego pomysłu, utwierdzając się w przekonaniu, że pozostanie przyjaciółmi będzie dobrym rozwiązaniem.

"TAK! SKOŃCZYŁAM TO, NARESZCIE!" - napisała na Twitterze, gdy poprawiła ostatnie słowo w swoim opowiadaniu. Z ręką na sercu mogła przyznać, że odwaliła kawał dobrej roboty. Danuta na pewno byłaby z niej dumna, zwłaszcza, że na napisanie całości miała naprawdę mało czasu.

Niech żyje wytrwałość i siła!

***


- Anito, muszę przyznać, że to, co napisałaś jest po prostu niesamowite! - przyznała z entuzjazmem pani Ucielska. - Naprawdę nie mogę wyjść z podziwu. To cudo. CU-DO ? przesylabizowała, na co Anita tylko się uśmiechnęła.

Za oknem świeciło ciepłe słońce, a dzień w szkole dobiegał końca. Anita nie czuła zmęczenia po wf-ie i z radością wychodziła właśnie z lekcji języka polskiego.

- A teraz mów - zagadała do niej polonistka. - Kto ci pomógł napisać to dzieło?

Anita wyczuła, że nauczycielka żartowała.

Przyglądnęła się liściom opadających z drzewa zza oknem. Niespełna trzynaście dni zostało do obchodów kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości. Ach... cudownie.

- W sumie? - zwróciła się do kobiety. - Można powiedzieć, że ktoś faktycznie mi pomógł.

Pani Ucielska spojrzała na Anitę zaciekawiona, widocznie czekając na odpowiedź. Ale Anita nic więcej już nie powiedziała.

Po skończonych zajęciach wróciła do domu i od razu skierowała się do lodówki. Wyciągnęła pudełko z idealnie okrągłymi pralinami marcepanowymi i powiedziała do siebie:

- To wszystko zasługa marcepanu. Gdyby nie on, nie powstałaby "Marcepanka" - wzruszyła ramionami, biorąc do ust jedną czekoladkę. - A gdyby nie Danuta? Nie powstałabym ja, Anita Nawracalska.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 5 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-23 18:59:13
Marcepanka cz.6
***

- ... sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam, a kto? Marcepanka! - wykrzyknęli wszyscy, przytulając mnie i składając życzenia. Właśnie kończyłam osiemnaście lat i szczerze mówiąc, do końca w to nie wierzyłam.

- Dalej! Pomyśl życzenie - odezwał się Mikołaj, żołnierz, którym się opiekowałam.

Zrobiłam tak, jak nakazał - zażyczyłam sobie, by Polska odzyskała niepodległość tak szybko, jak będzie to możliwe. Nie potrzebowałam niczego dla siebie, ważne było dobro kraju i to, by wiele osób wróciło z wojny cało i zdrowo.

Zdmuchnęłam świeczkę na marcepanowej czekoladce, a ciotka Ludwika, Aldona, Katarzyna i Michalina biły brawo.

Świętowanie urodzin jednak nie potrwało tego dnia długo. Wspólnie z dziewczętami kilka tygodni wcześniej przygotowałyśmy petycje odnoście nadania praw kobietom oraz dopuszczenia ich do studiów uniwersyteckich. Ciotka Ludwika starannie rozpisali nam miejsca, w które razem z resztą miałyśmy się udać i zebrać podpisy.

Czas kobiet miał nadejść po odzyskaniu niepodległości i tego chciałyśmy się trzymać ponad wszystko.


***


Anita jechała właśnie autobusem do domu po treningu. Słuchając muzyki, przyglądała się widokom, które dobrze znała. Myślami była daleko, daleko w Polsce pod władzą zaborców.

Anita uważała za niesamowite to, w jaki sposób Henry mówił o walce o kraj. Dało się wyczuć, że los Polski nie był mu obojętny i to samo można było powiedzieć
o nastawieniu Danuty, dla której ważna była sprawa kobiet.

Henryk był niewiele straszy od kolegów Anity i w sumie było jej trochę wstyd, że
w tych czasach młodzież praktycznie wyrzekłaby się bycia Polakami i walki o kraj. Jeszcze bardziej było jej wstyd za to, że sama należałaby do tej grupy ludzi. Zamieszkanie w innym kraju nie tyle było jej marzeniem co celem i koniecznością.

W tym momencie uderzyła ją świadomość, że tyle osób walczyło o Polskę, tylu ludzi zginęło za niepodległość, by następne pokolenia żyły godnie i swobodnie, a teraz ludzie wręcz uciekają z tego państwa, bo są przekonani, że dzieje im się tutaj krzywda.

Wszystkim wszystko nie pasowało: rząd, polityka, małe zarobki. Wszędzie ostatnio wybuchały skandale, protesty. Teraz kobiety miały więcej do powiedzenia, jasno pokazywały swoje pozycje w społeczeństwie, ale to nie zmieniało faktu, że wciąż walczą o swoje - ostatnio tak dużo mówiło się o czarnym proteście czy strajkach pielęgniarek. Czy tak to wszystko miało wyglądać?

Jej rozmyślania przerwał dźwięk telefonu.

- Tak, słucham? - odebrała, chociaż dobrze wiedziała, że dzwoniła do niej mama.

- Jedziesz już? - zapytała z troską.

Anita powstrzymała wywrócenie oczami. Bardzo nie lubiła, kiedy rodzice dzwonili do niej i sprawdzali na każdym kroku, gdzie jest lub co robi. Tym razem jednak nie chciała narzekać, zważając na fakt, że Danutą rodzice się nie interesowali tak bardzo i na pewno gdyby mogła to chętnie wymieniła, by się z nastolatką.

- Tak, mamo - przytaknęła tylko. - Zaraz będę w domu.

***

12.01.1918
Najukochańsza Danusiu,


Znów mamy zimę, ale to nie ostudza mojego zapału i wiary, która jest tutaj kluczem do przeżycia i dalszego funkcjonowania. Myślę, że wojna zmieniła mnie diametralnie. Obrazów, które tutaj widziałem, nie da się opisać słowami.

W wyniku przykrego wypadku doznałem uszkodzenia lewej ręki i moja kończyna jest bezwładna. Mam nadzieję, że mimo to, kiedy wrócę, nie zostawisz mnie i dalej będziemy mieć szansę żyć długo i szczęśliwie.

Po oddziałach krążą plotki, iż niedługo wrócimy do domów. Nie wiem ile w tym prawdy, ale szczerzę na to liczę. Wojowanie doszczętnie mnie wykończyło nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Nie mogę dłużej znieść faktu, że ludzie, z którymi wstąpiłem do Legionów giną z rąk wroga na moich oczach. To są obraz, które będą mi się śniły w najgorszych koszmarach.

Obiecuję, że to już nie potrwa długo i wkrótce się zobaczymy. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie pamiętasz.

Na zawsze Twój,
Henryk


***

KOCHANI ZBLIŻAMY SIĘ DO KOŃCA TEJ PIĘKNEJ OPOWIEŚCI
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-21 20:17:39
Marcepanka cz.5
***


24.10.1915
Najdroższa Danusiu,


Znalazłszy chwilę krótką, list ten do Ciebie piszę, aby tęsknotę mą wyrazić, choć wiem, że słowa przekazać tego, co czuję, nigdy nie zdołają.

Jest ciężko, zimno i mokro, toniemy w błocie po kolana, ale dzielnie za Polskę walczymy, by oddano nam ją i wolność naszą skradzioną.

Pragnę, byś wiedziała, że w każdej sekundzie swego życia, które nie wiadomo czy niedługo się nie zakończy, myślę o Tobie, Luba moja i marzę, by wrócić i zastać Cię całą i zdrową. Wciąż myślę, jak Ci się wiedzie i czy nie łapie Cię spleen. Mnie tutaj dopada melancholia, choć mam co robić, fizycznie - walczę, psychicznie - dźwigam ciężar, jakim jest wojna. Polscy dowódcy dobrze nas tutaj traktują - w miarę możliwości, oczywiście - ale nie zastąpią prawdziwego domu. A moim domem jesteś Ty, Danuto.

Wiesz... gdy mam chwilę lub dwie lub gdy jest ciemno, a my dalej siedzimy w okopach, modląc się o dobre jutro, patrzę w niebo i wyobrażam sobie, że Ty robisz dokładnie to samo. Przypomina mi to, że nie jest ważne, gdzie się znajdujemy - razem czy osobno - ważne jest, że jesteśmy pod tymi samymi gwiazdami i podziwiamy to samo niebo, w którym się odnajdujemy. To tak jak bycie Polakiem, choć Polski nie ma. Nie uważasz, że to piękne być sobą i czuć nie inne emocje od tych, które chcemy, by nas ogarniały?

Na wspomnienie o Twoim zarumienionym licu, spowija mnie ciepło nawet w najmroźniejszy poranek. Gdy wyobrażę sobie, że przychodzę do Ciebie a Ty z troską się mną zajmujesz, mam wrażenie, że zdejmujesz z moich barków ogromny ciężar, jakim jest świadomość walki na śmierć i życie. Kiedy dotykam swoich ust, przypominają mi się wszystkie te czułe pocałunki, dające mi nadzieję, miłość i siłę. Kiedy spoglądam na miejsca obok siebie, pragnę, byś była obok, a równocześnie wolę, abyś się tutaj nigdy nie znalazła.

Istnieją dni, gdy dopada mnie refleksja nad życiem i tym, co się ze mną stanie, bowiem nie boję się śmierci, nie boję się umrzeć na polu bitwy, nie lękam się rozlewu krwi - bardziej obawiam się tęsknoty za Tobą niż głodu czy choroby. Bo musisz wiedzieć, Danusiu, że tylko Ty masz dostęp do tego, co najważniejsze - do mojego serca i duszy - moich w całości Ci oddanych. I tak będzie na wieki.

Obiecuję, Najdroższa.

Kocham Cię i całuję.
Twój stęskniony,
Henryk

***

Anita ze wzruszeniem ostrożnie odłożyła do teczki podartą i bardzo starą kartkę papieru. Nie mogła uwierzyć, że Danuta związała się z kimś tak? poetycznym. To faktycznie brzmiało jak jakiś Mickiewicz.

Henryk musiał być naprawę złotym, kochającym chłopakiem ? takiego to tylko ze świeczką szukać. W sumie Anita chciałaby mieć takiego chłopaka, ale nikt jej nigdy nie pokocha, bo jest brzydka, gruba i ma okropny charakter. Ach, no tak! Jak zwykle zapomniała o Alku. Przecież była w związku od dobrych kilku tygodni. Ciągle nie mogła się do tego przyzwyczaić ? że nie jest już singielką? Alek był kompletnym przeciwieństwem Henryka. Lubił słuchać metalu, grał na gitarze elektrycznej, czasem śpiewał (a raczej wrzeszczał), a ostatnio zajął się tatuowaniem. No i oczywiście w głowie były mu psoty
i wygłupy, jakby nie mógł w końcu dorosnąć. Tak naprawdę Alek był bardzo uczuciowy
i kochany, normalnie oddałby dla niej wszystko - tylko Anita ciągle szukała pretekstu do zerwania. On ekstrawertyk, ona introwertyczka - to połączenie nie miało szans, by istnieć, przecież i tak parę razy się o to kłócili i kończyło się to niemiłą wymiana zdań. Najgorsze chyba było to, że Anita potem w ogóle nie żałowała, bo była święcie przekonana, że miała rację i ma prawo do tego, co jej się należy ? czyli święty spokój i książka u boku. Niepotrzebni byli jej w około ludzie, choć w między czasie na Twitterze podawała tweety o treści: "Mood na tulenie", "Mood na całowanie" - gdy tak naprawdę wcale tego nie potrzebowała.

Po przeczytaniu jednego z listów Henryka do Danuty do Anity trochę dotarło , że jej "wielka miłość" do Alka wcale może nie jest miłością, a jedynie zauroczeniem, które na dłuższą metę nic do jej życia nie wniesie.

"Może warto byłoby to zakończyć?" - myślała i to wcale nie pierwszy raz.

Był późny jesienny wieczór. Anita czytała inne listy Henryka do Danuty a także fragmenty, gdzie jej krewna wspominała o swoich miłosnych zawirowaniach. To naprawdę niesamowite jak oboje pisali o miłości... W jej związku nie było czegoś takiego. Alek nie umiał jej nawet porządnie skomplementować, a co dopiero mówić tutaj o wyznawaniu miłości na całe życie?

Nie myśląc wiele, zapłakana sięgnęła po swój laptop i napisała wiadomość do Aleksandra. Szczerze mówiąc, dusiła się w tym związku - tyle ograniczeń, jakichś obowiązków - chyba nie była na to gotowa.

Napisała wiadomość. Długą. Z przeprosinami, z wyjaśnieniami, ze zrozumieniem
i z prawdą.

A potem kliknęła "wyślij".

Czy ktoś już wspominał, że była dobra w podejmowaniu głupich decyzji? Danuta
z pewnością nie byłaby dumna, gdyby dowiedziała się, że jej wnuczka właśnie zerwała
z chłopakiem przez Internet. Jej rodzice też nie będą szczęśliwi z tego powodu?

***

07.04.1916
Najdroższa Danuto,


Na razie nic nie wskazuje na to, że wojna zmierza ku końcowi. Mam nadzieję, że masz się dobrze i nie doskwiera Ci żadna choroba. Liczę także na to, iż z Twoimi rodzicami jest w porządku i że niczego Wam nie brakuje.

Zima była ciężka, niektórzy nasi kompani dostali odmrożeń kończyn,
w wyniku czego zostali kalekami. Są tutaj starsi ode mnie, którzy chwalą moje oddanie i młody wiek. Cóż, osiemnaście lat do czegoś zobowiązuje, racja? Nie ulegam ich pochwałom, nie chcąc spocząć na laurach. Tak naprawdę jestem jednym z wielu i niczego szczególnego nie osiągnąłem. Gdy wrócę do Ciebie ? wtedy będę mógł powiedzieć, że zrobiłem coś wielkiego.

Rozrywa mnie przytłaczająca pustka. Z dala od rodziny, a przede wszystkim bez Ciebie czuję się jak nieułożona układanka, czekająca na odnalezienie swoich zagubionych kawałków. Czy to zasługuje na miano prawdziwej miłości? Miłości na dobre i na złe, która sprosta wszystkim przeciwnościom - wojnie, śmierci, chorobom i rozłące? Czy możemy powiedzieć, Danusiu, że mamy coś, czego nie ma nikt i żyjemy wyłącznie dla siebie, w Bożej opatrzności, szukając siebie w gwiazdach każdej nocy? Jeśli Ty również nazywasz nasze uczucie miłością, tą prawdziwą, to chcę, byś wiedziała, że jestem najszczęśliwszy, dzieląc z Tobą taką relację.

W scenariuszu na kolejne miesiące nie przewiduję, by polskie oddziały przegrały, ale jeśli tak się stanie i wrócimy związani kajdanami, to wiedz, że i tak będę czuł się uratowany - uratowany przez Twoją miłość, dającą mi siłę, wolę do walki i z pewnością wszystko to czego nie może dostać człowiek nie mający po co wracać żywy.

Mam nadzieję, że wkrótce do Ciebie wrócę i znów będziemy mogli cieszyć się swoją bliskością. Gdybym mógł, poleciałbym do Ciebie, do domu, bo tylko Ty masz moje serce. Ty i tylko Ty. Na zawsze.

Kocham Cię i całuję,
Henryk

P.S. Dziś Twoje urodziny, jakże mógłbym zapomnieć! Wszystkiego najlepszego, Najdroższa, niech Bóg nad Tobą czuwa.

***
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-19 18:34:15
Marcepanka cz.4
***

Tuż przed końcem 1914 roku do naszego szpitala trafił niejaki Henryk Tomaszewski - kilka lat starszy ode mnie, chłopak z ciemnymi lokami i zielonymi oczami. Został ranny w bitwie pod Łowczówkiem i był w naprawdę złym stanie, kiedy do nas dotarł.

Moją uwagę od razu zwróciły jego delikatne rysy twarzy i charakter łagodny jak u baranka. Już po pierwszej rozmowie poczułam, że jest uprzejmy i wrażliwy. Ciężko znosił leczenie, co wcale nie przeszkadzało mu posyłać mi ukradkowych spojrzeń, czasem nie mógł oderwać ode mnie oczu i zawsze - przysięgam - uśmiechał się, gdy to mnie przypadała opieka nad nim.

Zazwyczaj czytałam mu książki lub wiersze, podawałam mu posiłki i zmieniałam opatrunki, starając się nie przysparzać mu bólu.

- Jest pani cudowna, panno Danusiu. Złota dziewczyna - powiedział mi pewnego deszczowego dnia. Cały szpital podśpiewywał patriotyczne pieśni, chcąc trochę poprawić atmosferę i swoje nastroje. Było naprawdę miło i rodzinnie. - Naprawdę dziękuję pani za wszystko, co dla mnie robi.

- To mój obowiązek - odpowiedziałam. - Nie ma pan za co dziękować. Naprawdę ciszę się, że z każdym dniem jest z panem coraz lepiej. Zanim się obejrzymy, siniaki znikną, a rany się zagoją.

- Ale blizny i tak pozostaną, tam gdzie są - westchnął, smutno a mi krajało się serce, gdy patrzyłam na szramę na jego zaróżowionym poliku. Wbrew wszystkiemu i tak wyglądał zniewalająco.

- Będzie dobrze. I tak jest pan przystojnym młodzieńcem - wypaliłam bez namysłu.

- A pani jest najpiękniejszą panienką jaką widziałem. - Uśmiechnął się wdzięcznie, przyprawiając mnie o zawód głowy.

Od czasu tej rozmowy, stał mi się bliższy niż kiedykolwiek przed min. Wiele razy wymykałam się wcześniej z domu ciotki Ludwiki, byleby szybko znaleźć się przy łóżku Henryka i oglądać jego radość na mój widok. Nietrudno było rozpoznać, że od dłuższego czasu chodziłam z głową w chmurach i że zadurzyłam się w nim.

Wszystko jednak musiało wreszcie dobiec końca. Henryk musiał wrócić na front, a ja nie mogłam pogodzić się z myślą, że znów stanie mu się krzywda i będzie cierpieć.

- Obiecuję Danusiu, że wrócę do ciebie cały i zdrów. Pełen sił i tęskny za tobą - powiedział do mnie, całując moje dłonie. - Wrócę, z wolną Polską dla ciebie, naszych rodzin i przyszłych dzieci. Ty jednak obiecać mi musisz, że wytrwasz i nie będziesz wylewać za mną łez tęsknych, a twoje wargi nie będą drżeć od płaczu. Obiecasz mi to, Danusiu?

Jednym z powodów, dla których zakochałam się w Henryku, była jego umiejętność niezwykle poetycznego wysławiania się. Przysięgam, każde jego słowo było jak kolejne słowa wiersza, których wiecznie było mi mało. Traktowałam go jak swojego osobistego Mickiewicza.

- Obiecam ci to tylko pod jednym warunkiem, mój kochany - wyznałam, będąc na granicy płaczu. - W wolnych chwilach pisz do mnie listy. Chcę wiedzieć, czy żyjesz i masz się dobrze?

***

Podczas tych trudnych dni wielu naszych pacjentów, a także my same, doświadczaliśmy prawdziwej huśtawki nastroju. Razem z ciotką Ludwiką wpadłyśmy na pomysł zrobienia marcepanowych pralin. Nic nie poprawiało humoru tak jak słodkości, nieprawdaż?

Spędziłyśmy naprawdę dużo czasu w kuchni, aby zrobić wystarczająco dużo czekoladek. Następnego dnia przyniosłam słodkości do szpitala i rozdałam naszym podopiecznym. Oczywiście poczęstowałam także resztę wolontariuszek. Nie sądziłam, że marcepany będą cieszyć się tak wielką popularnością w późniejszych tygodniach a nawet miesiącach. Szybko stały się ratunkiem na zbolałą duszę i wywoływały uśmiech na twarzy każdego smakosza.

Dzięki pralinom marcepanowym, cały szpital zaczął wołać na mnie "Marcepanka", a zawołanie to stało się później także moim przezwiskiem i pseudonimem w ruchu feministycznym.

- Niech żyje Marcepanka! - huczeli żołnierze na mój widok, kiedy donosiłam im nowe porcje słodkości od ciotki Ludwiki.

Nie powiem - podobało mi się to.

***

Czas szybko mijał. Nie zauważałam, kiedy zmieniały się pory roku. Jedne wojska odchodziły, drugie przychodziły? Mój ukochany znowu był na froncie, a ja niecierpliwie czekałam na wieści od niego. Każdy list był promykiem radości w szarym wojennym dniu.
Nie miałam jednak zbyt wiele czasu, aby rozpamiętywać sprawy i martwić się. Cały mój wolny czas pochłaniało działanie w stowarzyszeniu.

Chętnie angażowałam się w pomoc i wychodziłam z różnymi inicjatywami w stronę ludzi. Wolałam robić coś, niż nie robić nic, ponieważ trzymałam się zasady: "Jeśli możesz pomóc, nawet w najmniejszej rzeczy, zrób to". Naprawdę nie wiadomo było, ile pojedyncza pomoc mogła zdziałać dla jednostki - w ten sposób nie tylko ulepszało się kontakty międzyludzkie, ale i świat, zwłaszcza, kiedy panowała wielka wojna. Poza tym karma zawsze wracała i to z podwójną siłą, co było naprawdę motywujące.

Wiele osób w moim wieku pewnie nie obchodziłoby, nic prócz czubka własnego nosa, ale sumienie było czymś co pozwalało mi szerzyć dobroć i szacunek wokół ludzi, w towarzystwie których się obracałam. Uważałam nie tylko, że trzeba pomagać i wzajemnie się wspierać, ale robienie tego akurat w tych czasach, które nas zastały, było swego rodzajem uzdrowieniem. Trzeba było się jednoczyć - czy to z polskimi rodzinami czy też z rodzinami zaborców. One w niczym nie zawiniły, my zresztą też, więc dlaczego mielibyśmy nie nieść sobie wzajemnego wsparcia, zwłaszcza kiedy rewolucja kobieca mogłaby nie tylko zmienić coś w naszych regionach, ale i na świecie. W ostatnim czasie ciągle mówiono o wywalczonych prawach we Francji, więc dlaczego my też nie mogliśmy wyjść ze średniowiecza i wkroczyć na nowe lepsze tory? Ruch kobiet mógł być przyczynkiem do czegoś wielkiego, co tylko ulepszyłoby życie nowych pokoleń.

Uczestniczyłam w odczytach i wieczorkach, podczas których wyjaśniałam znaczenie i wagę równouprawnienia, czytałam książki i gazetki, wiele razy razem z ciotką jako przyzwoitką kwestowałam na rzecz towarzystwa lub rozdawałam ulotki. Odwiedzałyśmy ludzi i zbierałyśmy od nich podpisy pod petycją p dopuszczenie kobiet do władzy. Gdy były jakiekolwiek marsze feministyczne, udawało nam się wytrzymać na chłodzie tyle, ile było trzeba, by pokazać rządowi, że jesteśmy silne i twarde. Niech sobie nie myślą, że kobiety łatwo złamać!

Nie zawsze było to przyjemne. Zauważyłam, że nie tylko mężczyźni, ale nawet kobiety reagują nerwowo lub całkiem wrogo na mój widok. Czasami słyszałam pogardliwe określenie "sufrażetka", ale to mnie nie zniechęcało. Miałam swój cel i pragnienie, aby go zrealizować.

Pod wpływem moich przyjaciół nauczyłam się języka angielskiego, aby poznać historie ruchu feministycznego, tłumaczyłam nawet artykuły przemycane zza granicy, co dawało mi wielką satysfakcję.

***
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-17 17:41:37
W poszukiwaniu róży - opowiadanie o miłości


- Babciu, a co to jest "miłość"? - zapytała pięcioletnia Madeleine, tuląc szmacianą lalkę.

- Och, ma petite, trudno to wyjaśnić - stwierdziła kobieta, sadzając dziewczynkę na swoich kolanach. - Mogę jednak opowiedzieć ci pewną, naprawdę piękną historię o miłości. Chcesz ją usłyszeć? - upewniła się, a gdy dostała potwierdzenie, zaczęła opowiadać.


Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Niewielu z nich jednak o tym pamięta. A prawda jest taka, że to właśnie dzieci wiedzą czego szukają.

Antoine był wrażliwym, kochanym chłopcem o złotych lokach
i brązowych, błyszczących oczach. Zawsze interesował się geografią i lubił zadawać pytania, na które trudno było znaleźć odpowiedź. Choć był wesołym, pełnym życia chłopcem, los sprawił, że tuż po urodzeniu trafił do domu dziecka i tam wychowywał się aż do uzyskania pełnoletności.

Wielu dorosłych pracujących w sierocińcu, mówiło o dzieciach:

- Biedne sieroty. Nie zaznały rodzicielskiej miłości, więc nie przekazano im odpowiednich wzorców i nie pokazano, co znaczy kochać i być kochanym.

Antoine zawsze czuł się dotknięty tymi słowami, bowiem chciał zgłębić tajemnicę miłości i dowiedzieć się, czym tak naprawdę była. Przez brak rodziców, bał się, że nigdy nikogo nie pokocha, a co najgorsze - nigdy nie stworzy kochającej rodziny i na zawsze zostanie sam - więc gdy tylko dorósł i opuścił sierociniec, wyruszył w podróż po świecie, szukając odpowiedzi na swoje pytanie.

- Czym dla ciebie jest "miłość"? - pytał każdego, kogo spotkał.

Odpowiedzi były różne. Antoine słyszał wiele zaskakujących historii, niektóre były smutne, inne wesołe.

- Miłość to dziwne zjawisko - mówili wszyscy. - Potrafi budować,
ale i niszczyć. Nigdy nie wiadomo do czego doprowadzi.

Antoinemu było niekiedy smutno, gdy słuchał, jak ludzie z pasją
i iskierkami w oczach opowiadali o swoich rodzinach, przyjaciołach i bliskich. Dla tych osób, miłość była piękna.

Pod koniec czerwca Antoine trafił do pięknego miasteczka o nazwie Honfleur, gdzieś we Francji. Tam poznał niejaką Rosalie, której również zadał swoje arcyważne pytanie.

- Czym jest "miłość?"


- Miłość to coś niezwykłego - odparła. -To prawie tak jakby twoje życie było białym światłem, które nagle przechodzi przez pryzmat i rozszczepia się
na wiele pięknych barw. Miłość nadaje nam sensu. Jest potrzebna do tworzenia piękna na całym świecie. Daje siłę, moc do działania i nadzieję. Nie może być traktowana jak przygoda, jej smak tkwi w całym człowieku, rozumiesz, prawda? Miłość jest wtedy, gdy poznasz kogoś lub coś bardzo dobrze i będziesz umiał pielęgnować tę relację w odpowiedni sposób. Choć istnieją też wyjątki? - dodała ciszej.

- Co kochasz? - spytał Antoine, wpatrując się w jej błękitne, mądre oczy.

- Książki - oznajmiła bez zastanowienia.

- Rzadko kiedy czytam - przyznał blondyn. Rosalie podeszła do półki
z książkami i wyciągnęła jedną. - Ma mało stron - zauważył Antoine. - Czy to bajka dla dzieci?

- Weź ją - powiedziała, wręczając mu książkę. ? Przeczytaj ją, a znajdziesz odpowiedź.

Antoine podziękował jej, przytulił na pożegnanie i ruszył w dalszą podróż. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że odczuwa pewnego rodzaju tęsknotę za Rosalie. Ciągle o niej myślał; w jego głowie tworzyły się wyraźne obrazy jej błyszczących oczu, idealnych ust i małego nosa. Brakowało mu także ciepła, które poczuł przy pożegnalnym uścisku. To było dziwne, inne...

Ale zignorował to.

Minęło kilkanaście miesięcy, ale Antoine wciąż pamiętał o czarującej dziewczynie z Honfleur. Mimo to dalej podróżował po świecie, starając się o niej nie myśleć.

Wkrótce Antoine wylądował w Nowym Jorku. Poznał tam ciemnowłosą Carole, która szybko zawładnęła jego sercem. Antoine okazał się bardzo naiwny. Dlaczego w ogóle się z nią związał? Wszystko potoczyło się naturalnie; z czasem chciał znaleźć dla siebie towarzystwo... Jednak zapomniał, że nie wszystko zawsze układa się tak, jak tego pragniemy.

Carole złamała jego naiwne serce na pół, podarła je na mniejsze kawałeczki i wyrzuciła w powietrze, by wiatr powiał je na cztery strony świata tylko po to, by Antoine nie mógł ich pozbierać i połączyć w całość!

Antoine czuł się zraniony i zawiedziony. Wmówił sobie, że miłość jest przeznaczona dla ludzi inteligentnych, którzy potrafią się z nią obchodzić.

Po zerwaniu z Carole, był jeszcze w kilku nieudanych związkach. Miłość mu nie wychodziła. Wszystkim mówił, że jest za młody, by kochać?
I odchodził.

Pewnego dnia po kilkugodzinnej tułaczce po chorwackich chodnikach, przypomniał sobie o książce, którą dostał od swojej kochanej Rosalie.

Kompletnie zapomniał, o tym kieszonkowym dziele, ale był zdesperowany, by znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania, więc postanowił przeczytać lekturę od A do Z. I wiecie co? Gdyby ktoś powiedział mu, że faktycznie, w tej cienkiej książeczce znajdzie to czego szukał, nie uwierzyłby.

A jednak... utożsamił się z tytułowym Małym Księciem i zrozumiał, jak wielki błąd popełnił, zostawiając Rosalie, swoją Różę w Honfleur ponad dwa lata temu. Zrozumiał, że sam skazał się na cierpienie, tęsknotę? Szukał jednoznacznej definicji "miłości", która przecież nie istniała. ?Należy wymagać tego, co można otrzymać?. Całe życie w błędzie!

Antoine wrócił do Honfleur, jednak Rosalie już tam nie było.

Wyjechała.

Gdzie? Nikt nie wiedział.

- Niemożliwe... - zawył żałośnie do siebie.

Potem jeszcze kilkukrotnie przeczytał ?Małego Księcia?, szukając wskazówek. Chciał rzucić to wszystko, ale nie poddał się i szukał dalej, bo przecież ?pustynię upiększa to, że gdzieś w sobie kryje studnię?.

Antoine wyruszył w kolejną podróż, tym razem mając cel. Wyruszył
w samotną podróż po szczęście. Chciał odnaleźć połowę swojego serca. Pragnął odnaleźć swoją porzuconą Różę.

Szukał Rosalie wiele miesięcy, znając jedynie jej imię, miejsce, z którego pochodziła i czas, w którym wyjechała. Musiał ją za wszelką cenę odnaleźć i nie obchodziły go konsekwencje lub rozczarowanie, które mogło go spotkać.

W pewnym momencie, Antoine zaczął popadać w obłęd, gdy któryś raz analizował ?Małego Księcia?. Chciał się poddać, ale ostatecznie postanowił skorzystać ze złotej myśli bohatera, która brzmiała: "Gdy jest się bardzo smutnym, lubi się zachody słońca", mając nadzieję, że to choć trochę poprawi mu humor. Zdecydował, że odwiedzi każde miejsce, gdzie są najpiękniejsze zachody słońca i tam także poszuka Rosalie.

I w ten właśnie sposób Antoine odwiedził ponownie Wenecję, Stambuł, Balaton, Porto, aż dotarł wreszcie do Santorini - greckiej wyspy wulkanicznej - i znów padło pytanie: "Czy znacie Rosalie z Honfleur?".

Gdy "tak, znamy" zadźwięczało w jego uszach, Antoine myślał, że zemdleje z radości. Bardzo miły Grek zaprowadził go krętymi drogami do jednego z domków. Na patio, na bujanym fotelu, siedziała drobna istota, której włosami bawił się wiatr. Postać była zrelaksowana, a jej sylwetka idealnie komponowała się z kolorami zachodzącego słońca na niebie.

Antoine podszedł bliżej.

- Rosalie? - spytał.

Dziewczyna podniosła się z krzesła i odwróciła się, a Antoine nie zdążył nawet mrugnąć, gdy rzuciła mu się na szyję, mocno przytulając.

- Wróciłeś. - Oznajmiła cicho.

- Dlaczego pozwoliłaś mi wtedy wyjechać? - spytał natychmiastowo.

Ona odparła:

- "Jeśli chcesz odejść, to idź. Nie przeciągaj pożegnania, bo to męczące"."Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do ciebie wróci, jest twoje. Jeśli nie, nigdy twoje nie było" - zacytowała, całując go.



- ...i w ten właśnie sposób, Antoine odnalazł swoją porzuconą Różę, obiecując sobie, że nigdy więcej nie zostawi jej samej. Koniec - dokończyła kobieta. Niestety okazało się, że Madeleine usnęła w jej ramionach gdzieś
w połowie opowieści.

"Ach, te dzieci..." - pomyślała, patrząc czule na Madeleine. Staruszka wzięła dziewczynkę na ręce, ułożyła delikatnie na kanapie i przykryła ją kocem, po czym wyszła na taras i usiadła na jednym z dwóch krzesełek, które stały obok siebie.

- Czas na zachód słońca, Antoine - szepnęła do siebie. - Obejrzyjmy go razem, jak mieliśmy to w zwyczaju?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-15 15:31:56
Marcepanka cz.3
Nie czytajcie jeśli nie przeczytaliście 2 części! Buziaki!

***

Ludwika Lipiecka była osobą bardzo pogodną, wiecznie służącą dobrą radą i godną zaufania. Była to kobieta uśmiechnięta i pewna siebie, także mocno uparta i zawzięta. Zawsze dążyła do wyznaczonych sobie celów i niekiedy potrafiła być naprawdę rygorystyczna i konsekwentna, lecz dla mnie była idealną towarzyszką i wzorem do naśladowania. I wcale nie przypominała "nieszkodliwej sensatki".

Toteż kiedy pewnego szarego dnia zawitałam przed drzwi jej domu, przyjęła mnie z otwartymi ramionami, poczęstowała ciepłą herbatą, a kundel Niziołek, którego kiedyś przygarnęła z ulicy, od razu wdrapał się na moje kolana, kiedy usiadłam na zużytej, niewygodnej kanapie.

W ten sposób rozpoczęłam nowy etap życia: codzienne lekcje na pensji, a później długie wieczory spędzane z ciotką na rozmowach, przeglądaniu gazet i analizowaniu sytuacji na froncie. To od Ludwiki dowiedziałam się o sufrażystkach walczących o równa prawa dla kobiet?

To spokojne z pozoru życie rozsypało się jak domek z kart pod koniec roku 1914. Od kilku dni docierały do miasta informacje o wielkiej bitwie między wojskami austriackimi a rosyjskimi. Wkrótce potem nasza pensja u sióstr została zamknięta, a budynek zajęty na szpital dla rannych, których zwożono niekończącymi się taborami z pola walki. Byłam świadkiem takiego ponurego pochodu: na wozach chłopskich albo na piechotę przesuwała się ulicami kolumna poranionych, zakrwawionych cieni ludzkich. Byłam przerażona, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z ogromu nieszczęścia, jakie niesie wojna.

Ponieważ nie byłam już małą dziewczynką i ciotka Ludwika wiedziała, że może mi zaufać, i widziała we mnie pewien potencjał, odpowiedzialność i upartość, postanowiła podzielić się ze mną pewną tajemnicą.

Pamiętam, że była to słoneczna środa. Po zjedzeniu skromnego śniadania i nakarmieniu Niziołka razem z ciotką udałyśmy się na spacer. Opowiadała mi ona o swoich latach młodości i pierwszych zawirowaniach miłosnych, a potem o książkach, które skutecznie zaszczepiły w niej niechęć posiadania męża i ukształtowały wzorzec męża idealnego, którego nigdy nie znalazła.

Tak rozmawiając dotarłyśmy pod budynek dawnej szkoły, obecnie zamieniony na szpital polowy. Na moje pytające spojrzenie ciotka odpowiedziała gestem, zapraszając mnie do środka. Wąskim korytarzem dotarłyśmy do niewielkiego pomieszczenia, w którym krzątało się kilka pań. Dostrzegłam wśród nich także kilka dziewcząt w moim wieku.

- Witajcie drogie panie, przyprowadziłam wam nowa wolontariuszkę! - zawołała wesoło ciotka, wskazując na mnie. - To moja siostrzenica, panna Danuta.

-Panno Danuto, cieszę się, że dołączy panienka do nas . Przyda się każda para rąk! - starsza dama podeszła z ujmującym uśmiechem i uścisnęła mnie serdecznie.

- Ale co ja właściwie miałabym tu robić? - nadal nie bardzo rozumiałam sytuację.

- Jesteśmy członkiniami Komitetu Opieki nad Rannymi - wyjaśniła dama - Pomagamy w szpitalach przy rannych, przygotowujemy bandaże, lekarstwa, staramy się pomóc tym biednym chłopcom. - Łzy pojawiły się w jej oczach. Zastanowiłam się przez chwilę, czy gdzieś na froncie takiej pomocy nie potrzebuje jej syn lub wnuk?

Tak zaczęła się moja służba w szpitalu. Na początku było mi bardzo ciężko, nie mogłam znieść widoku krwi i okaleczonych ciał. Na szczęście miałam obok siebie wspaniałe dziewczęta: Aldonę, Michalinę i Katarzynę. To one wszystkiego mnie nauczyły i dodawały otuchy, kiedy wątpiłam w swoje siły i możliwości. Razem z Aldoną, Katarzyną i Michaliną chodziłyśmy do pobliskiej drukarni i pomagałyśmy w porządkowaniu prasy i ulotek. Dzięki temu pozyskiwałyśmy darmowe gazety do szpitala. Codziennie w porze obiadowej czytałam naszym podopiecznym książki lub tygodniki, aby umilić im czas. Wkrótce też stałyśmy się nierozłączne, nie tylko w szpitalu, ale także na spotkaniach naszego klubu.

Właśnie, klub był kolejną tajemnicą Ludwiki.

Pewnego razu ciotka zaproponowała, abym towarzyszyła jej na spotkaniu pewnej grupy jej znajomych. Nie bardzo miałam ochotę, zmęczona pracą w szpitalu, ale zaintrygowały mnie słowa "na pewno nie pożałujesz".

Moja ciekawość jeszcze wzrosła, kiedy ciotka Ludwika zatrzymała się, mówiąc: "Jesteśmy na miejscu" i wskazując na jakiś obskurny budynek, wyglądający na dawno nieużywany. W ciszy weszłyśmy po zardzewiałych metalowych schodach znajdujących się na zewnątrz ceglanej konstrukcji. Myślałam, że zabrała mnie do jakiejś porzuconej, starej biblioteki, zważając na jej zamiłowanie do książek, ale szybko przekonałam się, że nie miałam racji. Kompletnie nie spodziewałam się, że znajdziemy się na kameralnym spotkaniu organizacji działającej na rzecz kobiet. Wiele słyszałam o emancypacji kobiet i innych działaniach wymuszających nadania nam praw m.in. do głosowania w wyborach czy nauki na uniwersytetach, ale nigdy nie przypuszczałabym, że moja ciotka była członkinią jednego z takich stowarzyszeń. Podobnie, jak nie podejrzewałam, że najeżą do niego moje przyjaciółki ze szpitala.

- Miło nam cię poznać, panno Danuto. Mamy nadzieję, że pomożesz nam walczyć o prawa, które należą nam się już od bardzo dawna. Twoja ciocia jest założycielką naszej grupy, jesteśmy tu po to, by rozpowszechniać feminizm i skłonić rząd do nadania kobietom praw do głosowania w wyborach i możliwości przystąpienia do nauki
w uniwersytetach - wyjaśniła młoda kobieta ubrana "po męsku", a ja spojrzałam przelotnie na ciotkę Ludwikę, czując niemałą dumę.

Kto by pomyślał, że ktoś z mojej rodziny posunąłby się do tak odważnego czynu?

- Słyszałam, że interesujesz się polityką? - Zgodnie z prawdą kiwnęłam głową. - Wiesz pewnie o ruchu emancypacyjnym, nie tylko Polek, ale i rodaczek naszych zaborców, prawda? Dużo spraw zza granicy także jest zatajanych, by i u nas nie doszło do rewolucji, jak w wypadku Francji.

- Bardzo zależy nam na osiągnięciu tego celu - wtrąciła inna, równie wojowniczo wyglądająca dziewczyna.

- Ale sprawą nadrzędną jest odzyskanie przez Polskę niepodległości - dodała ciotka Ludwika.

Zgodziłam się z nią. Po co Polki miałyby walczyć o prawa
w kraju, który politycznie nie istniał?

***


-... więc zapraszam serdecznie do członkostwa w wolontariacie. - Dokończyła nauczycielka.

Właśnie odbywała się lekcja chemii i Anita była niesamowicie szczęśliwa, że pani Szalkowska przerwała im zajęcia. Anita naprawdę nienawidziła chemii - aktualnie uczyli się o jakichś węglowodorach. Co to w ogóle było! Jakby mogła w ogóle nie przychodziłaby na lekcje, nie miała ochoty marnować się w tej szkole. Z jej talentami? na pewno mogłaby już być nastoletnią milionerką, gdyby tylko ktoś dał jej szansę. Ale w tym mieście nie było dla niej żadnej przyszłości?

Pani Szalkowska puściła w klasie listę, na którą wpisywali się zainteresowani pracą w szkolnym wolontariacie uczniowie. Anita parsknęła pod nosem, gdy kartka doszła do niej. Przeanalizowała nazwiska uczniów, którzy postanowili się zaangażować i wywróciła oczami.

"W tym roku wolontariat odpada. Po co to komu? Powinni nam za to jeszcze płacić, ha" -pomyślała i przesłała listę dalej. Nie miała zamiaru angażować się w coś, co nie przyniesie jej zysku, a tylko zmarnuje jej cenny czas. Co prawda, dostawało się z tego jakieś punkty do zachowania, ale po co jej to było potrzebne, skoro i tak wyjdzie z tej szkoły ze wzorowym zachowaniem? No właśnie.

- I jeszcze chcę poinformować, że w bibliotece zbierane są pieniądze na kupno zniczy na cmentarz we Lwowie?

Anita kompletnie przestała słuchać. Zajęła się gryzmoleniem rysunków w zeszycie. Kogo obchodziły jakieś zbiórki pieniędzy? I to jeszcze w szkole proszą dzieci o takie rzeczy? Całkiem jak zbieranie ofiary w kościele, masakra.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-13 16:25:58
Marcepanka cz.2
JEŚLI NIE PRZECZYTALIŚCIE 1 CZĘŚCI ZJEDŹCIE W DÓŁ I PRZECZYTAJCIE STARSZY POST, MIŁEGO CZYTANIA

***

Do zakurzonego pomieszczenia przez okno gwałtem wdzierały się snopy ciepłego światła, ułatwiając widoczność Anicie, która pełna zapału do pracy wróciła na strych, aby poszukać czegoś, co pomogłoby jej w napisaniu pracy o emancypantkach.

W akompaniamencie składanki jej ulubionych piosenek lustrowała stare meble
i bibeloty, czekając, aż coś rzuci jej się w oczy. Nie chciała niczego dotykać, bo wszędzie walały się pajęcze nici, a ponieważ miała koszmarną arachnofobię, nie zamierzała natknąć się na włochate stworzenie o ośmiu odnóżach.

Tanecznym krokiem ruszyła w kierunku pudeł, leżących pod rozbitym lusterkiem.

- A więc to źródło naszego pecha - mruknęła, widząc swoje krzywe odbicie. - Super.

I tak oto od bezczynnego patrzenia przed siebie przeszła do przeglądania starych albumów, które znalazła na wierzchu zagraconego kartonu. Na niektórych fotografiach z łatwością mogła rozpoznać swoją mamę i babcię, ale na innych były osoby, których kompletnie nie kojarzyła. Widząc stroje, Anita doszła do wniosku, że zdjęcia musiały być zrobione naprawdę dawno temu i wcale wiele się nie pomyliła, gdy na odwrocie jednego z nich dostrzegła zapisaną krzywym pismem datę wykonania - 23/04/1928.

Nie zaprzestając swoich poszukiwań, grzebała w starych, dawno już nieużywanych rzeczach. Niestety poza fotografiami swoich praprapradziadków i kilkoma starymi pluszakami nie znalazła niczego, co mogłoby okazać się przydatne. Mimo to nie poddała się.

Na strychu spędziła zdecydowanie za dużo czasu i pochłonięta oglądaniem staroci, mających po kilka lat, dopiero po usłyszeniu piosenki, która powtórzyła się drugi raz, zdała sobie sprawę, że upłynęło dobrych kilka godzin, odkąd tu przyszła. Teraz jednak zajmowała się czymś, od czego kompletnie nie mogła się oderwać.

W starej, niedomykającej się komodzie z dębowego drewna znalazła wielką teczkę, pękającą od nadmiaru starych arkuszy papieru i kopert. W głębi mebla dostrzegła także zardzewiałą maszynę do pisania przykrytą pajęczyną i kłębami kurzu.

Większość dokumentów została napisana właśnie na takiej maszynie. Anita dokładnie analizowała i przeglądała papiery, skupiając się wyłącznie na odszukaniu czegoś, co pomogłoby jej w napisaniu pracy. Na jednym ręcznie pisanym liście zauważyła datę
i miała ochotę dosłownie skakać z radości po ujrzeniu krzywych cyfr składających się w rok 1915.

- Bingo! ?- krzyknęła do siebie Anita, znajdując inne dowody świadczące o tym, że dokumentacja pochodziła z okresu I wojny światowej. Nie pozostało jej nic innego jak wydostać się z ciasnego pomieszczenia do swojego pokoju z teczką, w której trzymała prawdopodobnie swoją przepustkę do wygranej w konkursie literackim.

Świetnie!

***

Choć urodziłam się w czasach, gdy naszego kraju nie było na mapie, moi rodzice wcale nie zrezygnowali z uczenia mnie języka polskiego i historii. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna, ponieważ będąc Polką, powinnam posługiwać się ojczystym językiem, a nie tym narzuconym mi przez zaborców.

Wszystko zaczęło się od tego, że ciotka Ludwika wręczyła mi
w prezencie na osiemnaste urodziny maszynę do pisania. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek jej użyję... ale wydarzenia, które zaszły w moim życiu, aż proszą się, aby je opisać.

Teraz, będąc w trakcie studiów uniwersyteckich, wracam do tych czasów i myślę, że warto spisać moje przeżycia, by stały się ciekawym źródłem wiedzy dla przyszłych pokoleń.

Mając 15 lat byłam tzw. panną z dobrego domu, a plany rodziców wobec mnie były jasne i oczywiste: wyjdę za mąż za młodego człowieka z pozycją (i najlepiej majątkiem) i będę wieść życie statecznej matrony. Nikt nie brał pod uwagę moich marzeń i planów. Nie chciałam powielać schematów obecnych w mojej rodzinie od wieków, marzyłam o poznawaniu świata i zdobyciu wiedzy. Zaczytywałam się w książkach Żeromskiego, Orzeszkowej i innych pozytywistów i coraz bardziej rozumiałam, że nowy wiek stawia przed kobietą nowe wyzwania.

Niestety, nic z tych rzeczy nie docierało do mojego konserwatywnego ojca ani uległej matki. Jedynie ciotka Ludwika popierała moje poglądy i podsycała pragnienie zmiany życia. Cóż z tego, skoro w rodzinie była ledwo tolerowaną, jak określił to ojciec, nieszkodliwą sensatką.

Ale to właśnie ona odegrała w mojej historii niepoślednią rolę.

Tuż po rozpoczęciu wojny rodzice postanowili przenieść się z miasta do rodzinnego majątku matki. Oznaczało to dla mnie całkowitą izolację od świata i najważniejszych wydarzeń. Wtedy też tak naprawdę pierwszy raz sprzeciwiłam się ojcu. Na szali położyłam moje relacje z najbliższymi mi rodzicami i swoją przyszłość. Tak bardzo chciałam się uczyć!

- Dlaczego nie potraficie zrozumieć, że wyjść za mąż chcę tylko z miłości a nie dla pieniędzy i pozycji, że chcę realizować swoje marzenia, poznawać świat, ludzi! - wykrzyknęłam, a w moim głosie dało się wyczuć nadmiar emocji. - Chcę czytać książki, uczyć się, osiągać zamierzone sukcesy w sferze edukacji! Świat stoi przede mną otworem, a wy pragniecie obciąć mi skrzydła, nie pozostawiając mi żadnych szerszych perspektyw do wyboru!

Czułam się tak bardzo nierozumiana. Chciałam realizować swoje WŁASNE plany, a nie moich rodziców, którzy już dawno spisali moją przyszłość na kartkach i kierowali się według ułożonej listy.

- Po pierwsze: uważaj na słowa i nie podnoś głosu na swoich starych rodziców, młoda damo. Po drugie: chcemy, byś w przyszłości miała godne życie i dobrego męża. Zależy nam wyłącznie na twoim szczęściu, drogie dziecko! Martwimy się, że skończysz jak ciotka Ludwika? Chcesz postradać zmysły, wieść samotne życie z zapchlonym kundlem i mieszkać w jakiejś norze? Danuto, na litość Boską!- odezwał się mój ojciec, zaciskając szczękę.

- Ale? - Moja warga zadrżała.

- Pakuj się. - Powiedziała surowo moja matka z obojętną miną.
- Pojutrze wyjeżdżamy z miasta - dodała z cichym westchnieniem, tym samym kończąc rozmowę.

Zniknęli za drzwiami mojego pokoju, pozostawiając mnie z głuchym odgłosem zatrzaskujących się drzwi. Chciałam płakać z bezsilności i nie sądziłam, że istnieje dla mnie jakikolwiek ratunek.

Jednak z pomocą niespodziewanie pospieszyła ciotka Ludwika, która zaproponowała, że weźmie mnie do siebie i zadba, ?żebym się dobrze prowadziła?. Chociaż myślę, że argumentem, który przeważył, był chyba fakt, że ojciec zapłacił wysokie czesne za moją naukę u sióstr Urszulanek i nie było możliwości odzyskania tych pieniędzy?

***

Dobrze że na Spotifly były smutne playlisty do odsłuchania, bo Anita raczej nie miałaby siły zrobić sobie jakiejkolwiek sama. Przez cały weekend miała się uczyć francuskiego i chemii, ale kompletnie nie miała motywacji i chęci nawet do oddychania. Nienawidziła, gdy jej rodzicie się kłócili, a w konsekwencji krzyczeli na nią za najmniejszą źle zrobioną rzecz. Ona wiedziała, że mają ostatnio kryzys, bo tata wciąż nie znalazł pracy, a pieniądze się kończyły i nie mogli żyć z jednej wypłaty, ale to nie był powód do wyżywania się na niej.

Jasno podzielała poglądy Danuty - rodzice powinni z całych sił dbać, aby dziecko nie odczuwało w ich obecności złej atmosfery i było szczęśliwe. To raczej nie służyło nastolatkom, tym bardziej gdy Anita lubiła udawać, że nic ją nie obchodziło, a w głębi duszy przypominała walący się domek z kart. Och, właśnie, chyba powinna odsłuchać "House of Broken Hearts", może to pozwoli jej się wypłakać i trochę oderwać od słabej sytuacji rodzinnej. Zresztą, Danuta miała przecież gorzej, no nie?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-11 23:05:34
Marcepanka cz.1
Witajcie! Pamiętacie, gdy mówiłam wam o moim opowiadaniu na 100-lecie niepodległości? Oto i one! Będę je dodawała w częściach, bo ma aż około 30 stron. Mam nadzieję, ze wam się spodoba. Proszę także o nie kopiowanie go!! Z góry przepraszam za wszelkie niedociągnięcia, jakieś dziwne znaki (bo po przekopiowaniu np. myślniki zmieniają mi się na pytajniki) i za błędy bo to opowiadanie nie jest jeszcze całkowicie poprawione itp. DEDYKUJĘ TO OPOWIADANIE MOJEJ IBFF ANITCE!!




Była połowa września. Choć zbliżał się koniec lata, słońce przygrzewało, wprawiając niektórych w jeszcze wakacyjny nastrój. Polskie szkoły znów tętniły życiem, a na ulicach spotkać można było zabieganych i już ledwo żywych uczniów? Anita wprost uwielbiała całą tę nauczycielską paplaninę, zawiłość zdań i wyrażeń, których za nic nie potrafiła rozszyfrować. Definicje, działania, wypracowania ? to dopiero początek trzeciej klasy gimnazjalnej, a ona już teraz nie wiedziała, do czego zakasać rękawy.

"Egzaminy, moja droga, egzaminy!" - głos matki odbijał się w jej głowie bez przerwy. Nawet w najgorszych snach nie mogła pozbyć się tej wstrętnej myśli o nieubłaganie zbliżających się egzaminach gimnazjalnych, którymi straszyli ją wszyscy wokół.

Oczywiście, były dla niej czymś ważnym, ale nie na tyle, by zaprzątać sobie nimi głowę o każdej porze dnia. Nie przejmowała się tak naprawdę tym, do jakiego liceum trafi po ukończeniu szkoły ? jeśli będzie chciała się uczyć, to nauczy się nawet w najgorszym z możliwych. Najbardziej zależało jej na dużej ilości punktów z przedmiotów humanistycznych, matematyki, fizyki i angielskiego. Chemia, geografia czy biologia nie cieszyły się u niej szczególnym zainteresowaniem, toteż uznała, że będzie poświęcać im jak najmniej czasu. To nie tak, że miała z nich złe oceny, po prostu jej sercem zawładnął język polski.

Lubiła się uczyć, ale nie znosiła przychodzić na zajęcia i co najważniejsze - przebywać wśród ludzi. Była introwertykiem i wszelkie kontakty międzyludzkie sprawiały jej problemy. Zaczęła już panikować, że ma zaczątki fobii społecznej, bo zdradzała przecież większość symptomów, aczkolwiek po miesiącu od autodiagnozy, obaliła swoje przypuszczenia. Z niektórymi osobami naprawdę mogła pogadać lub miło spędzić czas, ale to nie zmieniało faktu, że najlepiej było jej solo. Ciągle się w tym utwierdzała, ale teraz mogła pochwalić się, że jest "zajęta".

Zaledwie kilka dni temu zgodziła się zostać dziewczyną swojego przyjaciela Alka. Co prawda, trzymała go w friendzonie przez około dwa lata, jednak gdy ten wysłał jej super długą wiadomość na Messengerze, wyjaśniając, że wszystko zależy od niej i że chce tylko jej szczęścia, Anita pod wpływem impulsu spotkała się z nim na drugi dzień, rzucając w jego stronę pewne "tak".

Wciąż nie wiedziała, co jej do licha odbiło. W sumie od zawsze była niestabilna emocjonalnie i podejmowała pochopne decyzje, ale mieszanie w swoje popaprane życie drugiego człowieka było czymś definitywnie nieprzemyślanym z jej strony. Nie mogła jednak zerwać po kilku dniach, dlatego postanowiła wytrwać najdłużej, jak tylko będzie to możliwe. Musiała się przyzwyczaić i dać temu szansę, ale współczuła Alkowi wyboru, szczególnie dlatego, że nie wiedziała, dlaczego padło właśnie na nią. Nie była specjalnie ładna, jej opadające za ramiona rudawe włosy zawsze tworzyły artystyczny nieład na głowie, a guzikowaty nos, na którym opierały się duże okulary, psuł jej twarz. Mogła się pochwalić jedynie wagą, bo pomimo ciągłego jedzenia słodkości, wciąż była w miarę szczupła, ale jednak za niska by uważać się za modelkę. No cóż? Alek musiał być chyba ślepy.

- Mamo, już jestem! - krzyknęła, trzaskając frontowymi drzwiami.

- W pokoju masz obiad, słońce! - odkrzyknęła z kuchni kobieta, zmywając naczynia przy akompaniamencie muzyki.

Anita czmychnęła na piętro do swoich czterech ścianach. Uwielbiała swój pokój - był jej bezpiecznym, małym azylem, do którego nikt nie miał prawa wstępu. Plakaty jej idoli wisiały na ścianach tak długo, że dziewczyna zapomniała, jaki miały w ogóle kolor. Na półkach i regałach walały się książki i albumy ulubionych wokalistów, natomiast całe biurko pokrywały papiery i zeszyty. Mogłaby tutaj posprzątać, ale uwielbiała swój poukładany bałagan. Znając siebie - gdyby było tutaj czysto - nie mogłaby się kompletnie odnaleźć.

Rzuciwszy na dywan ciężki plecak, z cierpkim westchnieniem upadła na łóżko, dodatkowo jęcząc w poduszkę. Była tak koszmarnie zmęczona, że nie miała zielonego pojęcia, jak wyrobi się ze wszystkimi zadaniami w zaledwie weekend.

Spożywając ciepły posiłek, analizowała zadanie domowe z matematyki
i zastanawiała się, co jego autor miał w głowie. A może powinna zadać sobie to samo pytanie, wpatrując się w wiersz Mickiewicza?

Skończyło się na tym, że gdy zjadła, spisała zadania z Internetu, zaoszczędzając sporo czasu. Rozsiadała się wygodnie na krześle i sięgnęła po swojego laptopa. Na ekranie rozbłysła twarz jej idola - Harry?ego Stylesa - z najnowszej sesji od Gucci i Anita aż westchnęła rozmarzona na jego widok. On był taki cudowny i idealny!

Odkładając na bok swoje "ochy" i "achy", kliknęła ikonkę Google Chrome
i z przyzwyczajenia (a raczej uzależnienia) włączyła Twittera, by sprawdzić najnowsze wieści ze świata gwiazd. Przewijała główną tablicę, czytając tweety osób, którymi się interesowała. Trwała zacięta walka pomiędzy zwolennikami budyni i kisieli - ciekawe, co będzie kolejne - spanie na prawym czy lewym boku? Z całą powagą i z przygryzioną wargą Anita napisała: "Czymże budyń i kisiel jest w porównaniu z puddingiem o iście kakaowym smaku? TeamPudding!". Tak - właśnie tak wyglądało spędzanie jej wolnego czasu.

Wkrótce na ekranie wyświetliła się wiadomość od Alka, który pytał, czy jest teraz zajęta czymś ważnym. Anita wręcz nienawidziła kłamać, ale mogła się założyć, że chłopak chciał się spotkać, a ona wolała w tym momencie pobyć sama ze sobą. Zbyła go krótkim: ?Muszę się uczyć, przepraszam, nie mam czasu? i wzruszyła ramionami na odesłaną smutną emotikonę. Współczuła mu, że wybrał sobie na dziewczynę akurat ją. Jeszcze trochę i chyba z nim zerwie, bo pomimo tego, że przez ostatnie dwa lata byli idealnymi przyjaciółmi, parą już niekoniecznie. Zresztą, co ona się będzie przejmować, tyle razy już mu powtarzała, że tylko próbują. Próbowanie nie oznaczało planowania wspólnej przyszłości i zakładania rodziny i jako piętnastolatka nie zamierzała być do niczego zobowiązana.

Anita usłyszała dobiegający z dołu trzask drzwi, co oznaczało, że jej tata wrócił ze spaceru po całym mieście. Od czasu swojego zwolnienia z pracy nie wiedział, co robić z czasem, a jego jedynym zajęciem było picie piwa i bezskuteczne szukanie pracy. Polska to taki specyficzny kraj, że dla ludzi z jego wykształceniem pracy niestety nie było i Anita sama już nie wiedziała, czy to faktycznie prawda, czy może jej rodzina miała po prostu pecha.

Pecha, który utrzymywał się już od paru lat.

- To chyba przez to zbite lusterko - oznajmiła kiedyś jej mama w żartach. Nie była raczej osobą wierzącą w jakiekolwiek zabobony, jednak często zwracała na nie uwagę.

Ale cóż - po każdej burzy kiedyś musiało nastać słońce, więc dziewczyna z całych sił kibicowała sobie i rodzicom, że ich sytuacja finansowa poprawi się na tyle, by mogła jeździć na koncerty idoli i nie żałować kasy. Nie była materialistką, wręcz przeciwnie - ceniła sobie inne wartości, aczkolwiek od kilku lat marzyła o zobaczeniu ulubionych wokalistów. Sytuacja jednak nie zmieniała się już od dłuższego czasu i wiedziała, że musi być cierpliwa. Na razie wystarczało jej pisanie fanfików o swoim ulubionym shipie, odnoszenie sukcesów na tle literackim i picie dużej ilości kawy kakaowej z cynamonem.

- O rany...

Będąc już w temacie literatury, Anita przypomniała sobie o konkursie, o którym mówiła jej polonistka. A niech to? Znów będzie musiała poświęcić swój wolny czas na pisanie ? nie żeby jej się to nie podobało? przecież to kolejny pretekst do niewychodzenia
z domu. Martwiła się raczej tym, że miesiąc czasu może nie wystarczyć na wymyślenie choćby imienia bohaterki. Tematy związane z historią Polski i I wojną światową nie były jej mocną stroną, ale kim by była, gdyby nawet nie spróbowała zastanowić się nad fabułą? W końcu zawsze uważała, że pisarz musi być elastyczny, więc ponawiając pytanie: kim byłaby, gdyby nie spróbowała? No na pewno nie pisarzem, prawda?

Leżąc na łóżku i przeglądając strony internetowe na temat walk kobiet o prawa wyborcze, emancypacji i feminizmu, uznała w końcu, że wieki zajmie jej ułożenie jakiejkolwiek akcji. Zrezygnowana westchnęła i poczłapała na dół, chcąc poprosić rodziców o ewentualną pomoc.

- Och, to wujek Google i ciocia Wikipedia nie są w stanie ci pomóc? Niesamowite - zauważyła z przekąsem mama, zajadając się jabłkiem. Tata obrzucił ją znudzonym spojrzeniem i wrócił do przeglądania ofert pracy w Internecie.

- No właśnie... jakoś trudno znaleźć konkretne wydarzenia w tym temacie. Potrzebuję- no nie wiem- Czy były wtedy jakieś marsze, protesty? Kiedy dokładnie i jak wyglądały? Boże, jak ja nie lubię takich konkursów - zajęczała, podbierając chipsy ze stolika.

- Z tego co pamiętam, babcia kiedyś opowiadała o swojej praprababce, która żyła za czasów pierwszej wojny. Mieszkamy w wiekowym domu. Może zajrzyj na strych? Tam powinno się coś znaleźć, tak myślę - poradziła Anicie mama, śledząc uważnie losy bohaterów swojego ulubionego tureckiego serialu.

Ojciec jak zwykle nie okazywał córce większego zainteresowania, więc na jego zdanie w tej sprawie dziewczyna nawet nie liczyła. Głęboko westchnęła i już po chwili wspinała się po drabince na strych. Na dworze było już ciemno, a ponieważ tata jak zwykle zwlekał z wymianą żarówki, musiała użyć ledwo działającej latarki, by cokolwiek dostrzec prócz kurzu i pajęczyn. Nienawidziła takich miejsc jak strych - opuszczonych i zapomnianych, gdzie z każdej strony czyhała na nią jakaś zmora chcąca pożreć ją żywcem. Chodzenie z latarka po ciemku zawsze kojarzyło jej się z horrorami, brakowało jedynie potwornej muzyki budującej napięcie, choć Anita i tak słyszała ją w swojej głowie.

- Ałć! - krzyknęła, wpadłszy w walające się po podłodze pudło.

Świtało latarki padło w stronę zbitego lusterka i rzuciło na ścianę wielki cień, przypominający jakąś postać. Wyobraźnia Anity jeszcze nigdy nie pracowała na tak szybkich obrotach, podobnie jak jej nogi, dzięki którym uciekała ze znienawidzonego strychu. Nie dało się ukryć, że Anita była ofiarą losu i jak na złość stopa ześlizgnęła jej się ze szczebla drabiny, przez co spadła z niej i trochę się poturbowała.

Leżała tak w bezruchu na wykładzinie dłuższą chwilę, aż rodzice, ściągnięci prawdopodobnie przez huk, nie zjawili się nad nią, opierając ręce na biodrach i mierząc ją pobłażliwym wzrokiem.

Mama pokręciła głową, wywracając oczami, gdy tata zapytał:

- Nie za wygodnie ci, Anitko? Może powinnaś zamieszkać na korytarzu, chętnie wezmę twój pokój.

- Nawet poleżeć sobie nie można - prychnęła Anita, splatając ręce na piersi. Jej rodzice zaśmiali się na odchodne, domyślając się, że krzywdy sobie raczej nie zrobiła, po czym zeszli na dół i wrócili do swoich aktualnych zajęć.

Anita jeszcze przez prawie dziesięć minut nie wstawała z granatowej wykładziny, obserwując drobinki kurzu szybujące w powietrzu. Uznała, że odwiedzi strych ponownie jutro, kiedy będzie jasno i gdy jej myśli przestaną krążyć wokół horroru, który ostatnio oglądała. Lepiej późno niż wcale, co nie?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-11 23:36:30

Autor: pocieszka

DZIĘKUJĘ KOCHAM CIE
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-09 20:09:42
Pisać każdy może - oprawa graficzna cz.6
I kolejna, już raczej ostatnia ( tak myślę) część serii "Pisać każdy może". Dzisiejszy post poświęcę przede wszystkim oprawie graficznej do dokumentów pdf.

Nie wiem jak wy ale ja uwielbiam, robić okładki, ładne oznaczenia, układy stron i wybierać idealne czcionki które łączą całość pracy. Lubię jak wszystko do siebie pasuje i wygląda nadzwyczaj estetycznie.

Też tak macie?

1. Okładka

Okładka powinna być nieprzesadzona, związana przede wszystkim z symboliką utworu lub powinni się na niej znajdować bohaterowie. Tytuł też jest ważny, ponieważ czcionka musi pasować, ale jej kolor powinien sprawiać, że jest widoczna już z daleka. Powinno to wyglądać estetycznie, schludnie i zachęcająco, nutka tajemniczości nie zaszkodzi. Można dodać mały cytat, który zaciekawi do sięgnięcia po książkę, a także należy dodać imię i nazwisko (pseudonim) autora, oczywiście czcionka nie może być duża, musi być jedynie widoczna.

2. Strona tytułowa

Zawsze ją daje, powinna być czarno-białą kopią tytułu - ta sama czcionka, wygląd, ułożenie. Pseudonim autora pod spodem lub nad, wciąż w małym rozmiarze. Potem możemy dać jeszcze jakąś dedykacje jeśli chcemy. Ja zawsze daję, bo wielu osobom chciałabym w ten sposób podziękować za wspieranie mojej ścieżki pisarskiej.

3. Oznaczenia rozdziałów

Czyli potocznie: "Rozdział 1" itd. Ja bardzo lubię dawać symboliczny obrazek obok cyferek lub "Rozdział 1", a nawet krótki tytuł, który nawiązuje do danego fragmentu. Jeśli pisze o aniołach, moje oznaczenia mają np. skrzydła czy aureole. Gdy pisze o miłości, są to serduszka. Oczywiście można dodać zwykłe oznaczenie, jednak moje przykłady wyglądają pięknie i ach! Kocham to.

4. Przerywniki

Czyli te fajne *** które przenoszą naszą akcje w inne miejsce lub przesuwają czas. Możemy zastąpić zwykłe gwiazdeczki, jakimś obrazkiem (tak jak mówiłam, może być symboliczne coś co nawiązuje do utworu). Przede wszystkim nie powinno być za duże, mały format będzie odpowiedni, by nie zrobić z tego jakieś ilustracji. Wszystko zachowujemy wciąż w wersji czarno-białej, a także musimy wyśrodkować obrazek.


O czymś zapomniałam? Ach tak! Czcionki! Ja osobiście polecam czcionkę Georgię, 12 lub 13,5 przy krótkich opowiadaniach. A także interlinia 1,5 ? koniecznie!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-07 16:04:14
Pisać każdy może - jak poprawiać błędy? cz.5
Witajcie w kolejnej części serii pisać każdy może! W dzisiejszym poście zwrócę uwagę głównie na poprawianie błędów, bo to jest bardzo ważna część warsztatu pisarskiego!


1. Rodzaje błędów i ich przykłady

A. ortograficzne i interpunkcyjne ? chyba nie muszę mówić, jakie to są

B. fleksyjne ? np. zła odmiana wyrazu lub kompletny brak, złe stopniowanie przymiotników, złe formy zaimków, źle odmienione czasowniki

C. składniowe ? np. złe zastosowania imiesłowów lub równoważników zdań, błędy w zastosowaniu wskaźnika zespolenia, np. ?lubię takie opowieści, gdzie (w których) mogę przeczytać?; niewłaściwe użycie przyimków, np. ?troszczył się nad (o) nią?, naruszenie związku zgody, rządu lub przynależności, np. ?wszystkie osoby, które spotkał, uczyli (uczyły) go czegoś nowego?; ?bronić ojczyzną? zamiast ?bronić ojczyzny?

D. stylistyczne ? powtarzanie wyrazów i konstrukcji, skróty myślowe, ubóstwo słownictwa

E. leksykalne ? tworzenie i używanie wyrazów zbędnych, np. ?wrócił z powrotem na swoją?, niewłaściwy dobór wyrazów, błędy spowodowane niezrozumieniem znaczenia słów

i ostatnie:

F. frazeologiczne


2. Co robić, by błędów się wyzbyć?

Piszemy, piszemy, piszemy, najlepiej zostawiamy na tydzień, wracamy i czytamy, czytamy, poprawiamy i czytamy i znów poprawiamy. Żadnej filozofii tutaj nie ma, ale przerwa, chociaż jednodniowa, jest koniecznie potrzebna, bo sami wyłapiemy, co nie gra i poprawimy dzięki temu wiele rzeczy.

Ja bardzo lubię poprawiać np. rozdziały, wtedy włączam sobie muzyczkę, robię kawkę, herbatkę i się relaksuję, czytając uważnie dokument. Wy też spróbujcie!

3. Nigdy nie poprawiajcie na telefonie!

To komputer, laptop jest narzędziem Bogów i pisarzy. Podkreśla wam literówki, błędy ( w większości) i pozwala na większe skupienie się na literach i zdaniach. Poza tym najechanie na słowo myszką a nie palcem, zwiększa precyzyjność i pozwala na szybkie poprawienie błędu. I skutek uboczny: zawsze możecie coś dopisać, zmienić, po prostu na komputerze będzie to o wiele przyjemniejsze niż na telefonie czy tablecie!

4. Sprawdzajcie wszystko

Nie możecie przelecieć oczami po tekście i stwierdzić, że jest doskonały. Musicie uważnie przestudiować każde słowo, sprawdzić czy nie ma tam literówki, czy dobrze odmieniliście imiona bohaterów i miast. Jeśli czegoś nie jesteście pewni, szukacie w internecie lub pytacie na facebookowych grupach dla pisarzy o rady, których potrzebujecie. Sprawdzajcie i szukajcie ,a na pewno się to wam opłaci.

5. Ćwiczcie

Jeśli będziecie dużo pisać, dużo błędów np. ortograficznych zniknie. Wczujecie się, poprawicie styl, składnie i nadgonicie prawdziwych pisarzy!

6. Lenistwo?

Jeśli macie sprawdzać dokumenty późno w nocy, to lepiej tego nie róbcie. To najgorsze, co może się stać! Wasz mózg o tej porze nie będzie już dobrze pracował i oczy nie wyłapią tego, co powinny. Stracicie jedynie czas i energię. Nie lepiej być wyspanym i pełnym zapału do pracy? To na pewno się opłaci! A jeśli nie chcecie sprawdzać niczego, bo jesteście leniami, warto zabezpieczyć się betą, która o wszystko zadba, a najlepiej, posiadajcie kilka bet. Co dwie głowy to nie jedna, prawda? Im więcej tym lepiej!

To chyba tyle na dzisiaj, lecę poprawiać rozdziały! Do następnego!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-05 22:54:22
After - hit czy kit?
Witajcie, słoneczka! Dzisiaj dokończę wam moją historię o popołudniowym kinie zaraz po piątkowych egzaminach z języka angielskiego. Więc, jak już mówiłam poszłyśmy na.... After.

Nie będę się tutaj rozpisywać, bo chyba każdy już słyszał o serii, która przybyła z Wattpada i podbiła serca milionów ludzi na całym świecie. Nie trzeba mówić również o tym, że jeżeli są zwolennicy, są i także krytycy. Wy której grupie jesteście?

Ja bardzo lubię After, chociaż czasem śmieje się, ze to kompletny chłam, który tylko zmarnował papier. Przeczytałam tę serię, trzy/ cztery lata temu i wciąż trzymam ją w domu. Ostatnio do kin wszedł film na podstawie pierwszej części, a ja chętnie porównam seans do papierowej wersji. Co mi się podobało, co nie, czy warto to w ogóle obejrzeć itp.

UWAGA SĄ TUTAJ SPOILERY!

No więc, mnie książki bardzo się podobały. Filmu bardzo się obawiałam, bo cały świat przedstawiony, jaki sobie wyobraziłam, mógł bezpowrotnie legnąć w gruzach. Wiecie, ja bardzo lubię najpierw czytać a potem oglądać, ale nie lubię być rozczarowana tym co mam zobaczyć, a czekając na After Movie, bardzo się bałam, ze to będzie beznadziejne i nie warte oglądnięcia. Hej, i wiecie co? TAK WŁAŚNIE BYŁO!

Moim zdaniem film sam w sobie nie jest oczywiście zły, choć pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, jednak miałam nadzieję, że będę pozytywnie zaskoczona. Praktycznie przez cały film się śmiałam, a gdy na ekranie pojawiał się Hardin mówiłam : "O nie, zabierzcie go!". Sceny z pierwszej części były wycięte, albo pojawiały się ujęcia całkiem nowe, których w ogóle nie było na piśmie, czyli można powiedzieć, że to zmodyfikowany chłam (no niestety).

Jak dla mnie aktor, który gra Hardina, w ogóle tam nie pasuje. Pojawiły się także zmiany płci niektórych bohaterów, przez co Tristian jest dziewczyną a nie chłopakiem, jak było w książce. Dziwne? Oczywiście, takie może się wydać dla niektórych jednak analizując dzisiejszy świat filmowy i książkowy, można przyuważyć że teraz praktycznie wszędzie musi pojawić się wątek pary homoseksualnej, szerząc tolerancję i równość (to jak najbardziej okej, ale dlaczego skrzywdzili Tristiana!!). Także mogę się założyć, że raczej większość wyobrażała sobie Landona w wersji białej i raczej liczyła na to, że będzie go w ogóle więcej w tym filmie bo przecież, praktycznie w każdym rozdziale rozmawiał z Tessą, bo był jej najlepszym przyjacielem.

Całość ratowała ścieżka dźwiękowa i sceny, które fizycznie nie pojawiły się w książce. Także przestrzeń czasowa została zaburzona, przez co oglądający ma wrażenie, że cała miłość Hardina i Tessy rozkwita w zaledwie 4 dni, co może być niezrozumiałe dla osób, które najpierw oglądają film.

Film był lekki, przyjemny, koniec był piękny, ale również inny niż powinien być. Dodam także, że część filmu przechodzi na drugi tom serii i to jest bardzo dziwne moim zdaniem, bo jeśli coś się kończy w tym miejscu, to tak ma zostać.

Ogólnie Hardin został wybielony i nie zrobiono z niego takiego wielkiego potwora, jakim był w książce, co nieco mi się nie spodobało, bo sens jest podobno od 15 lat, więc spokojnie mogli w filmie umieścić informacje, których z jakiegoś powodu niestety jednak zabrakło.

Ogólnie myślę, że wszystko wyszłoby lepiej gdyby zrobiono z After serial na Netflixie - zachowałoby się więcej szczegółów, scen, byłoby to bardziej realne, także dialogi bardziej by się zgadzały i wszystko przede wszystkim miało by sens. Zmieniłabym także niektórych aktorów, chociaż i tak każdy wyobraża sobie ich inaczej, jak sama Anna Todd.

A jakie jest wasze zdanie na ten temat? Oglądaliście/czytaliście już After? Co o tym wszystkim sądzicie?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 6 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-05 23:01:22

Autor: ewa15

Muszę to zobaczyć
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-03 16:47:54
Egzaminy gimnazjalne
Jak już wracam, to ułóżmy wydarzenia chronologicznie i porozmawiajmy o życiowych egzaminach gimnazjalnych lub egzaminach ósmoklasisty, które odbyły się kilka tygodni temu i zestresowały nastolatków w całej Polsce!

1. Przygotowania do egzaminu.

Tak naprawdę, to w mojej głowie ciągle siedziała ta wstrętna myśl, że zbliżają się straszliwe egzaminy wiedzy i wiecie, co przez ten czas robiłam? Kompletnie nic, bo jestem największym leniem na świecie. W sumie to każdy mówił, że jeszcze się nie zabrał za powtórki, więc ja też z tym zwlekałam, aż do tygodnia/dwóch przez 10 kwietnia. Na Twitterze był piękny # o egzaminie, więc najwięcej korzystałam właśnie z niego, zapisując ponad 150 zdjęć i notatek , do których i tak zaglądnęłam może z trzy razy.

Na historię uczyłam się najważniejszych dat, na WOS czytałam notatki z zeszytu z 1 i 2 klasy gimnazjum. Chemię olałam, bo i tak jej nie umiem, z matematyki i fizyki powtarzałam jedynie wzory. Z geografii oglądnęłam piękną powtórkę na YouTubie, a z biologii przeczytałam sobie wydrukowane repetytorium. Z polskiego powtórzyłam jedynie imiesłowy i gatunki, rodzaje literackie oraz środki stylistyczne, a na angielski nie zrobiłam kompletnie nic, bo jego bałam się najmniej.

2. Część humanistyczna

"ŻYCIE MNIE MNIE" - chyba zapadło w pamięci każdego gimnazjalisty, a "Kamienie na szaniec" jak zwykle uratowały polską młodzież. Hura! Ogólnie polski był bardzo łatwy, to było aż podejrzane. Wszyscy obstawialiśmy, że będzie albo rozprawka, albo opowiadanie. Odetchnęłam z ulgą kiedy okazało się, że będziemy pisać pierwszą opcję i nie muszę bać się o to, że nie zmieszczę się w wyznaczonym miejscu. Temat był mega łatwy, bo o bronieniu swoich przekonań, więc raczej większość była w stanie napisać to chociaż na połowę punktów.

Historia moim zdaniem była okropna, bo była bardzo "religijna", te wszystkie rozłamy kościoła i religie protestanckie dały mi w kość. Przekonałam się również że czytanie ze zrozumieniem nie jest moją mocną stroną, przez co zepsułam dużo zadań, które wydawały mi się łatwe, ew. WOS był taki sobie, zresztą jak zwykle.

Przewidywane wyniki: Jeśli rozprawkę ma dobrze to z polskiego może być około 90%, a z historii mniej niż 80%, ale więcej niż 75%. Jest moc!

3. Część matematyczno-przyrodnicza

Po pierwszym dniu, emocje opadły i na egzaminach panowała dosyć przyjemna atmosfera. Nie stresowałam się jakoś szczególnie matematyką, ani przyrodniczymi (wiedziałam, że zawale i będę strzelać, także no), ale matematyka poszła mi raczej dobrze, tak na około 80%, zadanie otwarte były łatwe, ale podchwytliwe, więc złapałam haczyk.

Z biologii i chemii ile punktów miałam to się nie będę wypowiadać, ale hitem jest to, że najlepiej poszła mi fizyka i geografia, czego w życiu bym się nie spodziewała. Ostatecznie będzie te 60%.

4. Angielski

Najłatwiejsze, co mogło mogło być, przysięgam. Wszyscy byliśmy już naprawdę wyluzowani, bo przecież to był ostatni dzień naszego piekła. Chociaż mówię, że angielski był naprawdę łatwy to napisałam w niektórych zadaniach takie głupoty, że w głowie się nie mieści - szczególnie na rozszerzeniu (camagne zamiast camp, ludzie, wstyd, hańba!) Ostatecznie liczę jednak na około 90%, także...

Po skończonych egzaminach, jeszcze w piątkowe popołudnie z paczką udałyśmy się do kina na film "After", ale opowiem o tym w kolejnym poście.

A teraz wy pochwalcie się jak poszły wam egzaminy gimnazjalne/ ósmoklasisty? Był stres, jakieś śmieszne sytuacje?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-03 17:36:40

Autor: Tomeczek

Strasznie
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-03 14:54:50
Reaktywacja
Hej, witajcie z powrotem. Wracam do żywych po długiej przerwie, postaram się, żeby wpisy były regularne i składne, i ciekawe. Jak wiecie mamy już III etap konkursu blogerskiego, więc prosiłabym, żebyście dawali like pod postami, które was zaciekawią.

Miłego dnia, jeszcze dziś pojawi się kolejny post!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 6 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-13 19:13:20
Pisać każdy może - opisy i porównania cz.4
Witajcie, to chyba ostatni post związany z warsztatem pisania, jeśli będziecie chcieli coś jeszcze to mówcie śmiało, bo aktualnie pomysły mi się skończyły, heh.

Więc jestem troszkę, jakby to uznać, mistrzem porównań. Naprawdę uwielbiam pisać porównania, to jest coś pięknego, jest to element opisu, który potrafi wprowadzić dosłownie wszystko do mózgu czytającego. Porównanie może czytelnika zranić, dobić, wzbudzić radość lub pobudzić jego wyobraźnię, co jest niezwykle ważne podczas czytania.

1) Jak napisać dobre porównanie?

Przede wszystkim nie należy ograniczać się do tych typowych i schematycznych porównań typu: twardy jak skała, miękki jak jedwab czy żółty jak słońce. Owszem, są one poprawne, ale niezachwycające. Nie lepiej brzmiałoby "Był twardy jak góra lodowcowa, ale nawet on, gdy zaświeciło słońce, topniał pod jego ciepłem" - był twardy emocjonalnie, ale nawet on nie mógł poradzić sobie z pewnym problemem.

Mam dla was zadanko na przećwiczenie tego. Wymyślcie porównania ze słowem:

- koc
- świeca
- więzienie
- kot
- kwiat
- kula śnieżna

2) Opisy

Moim zdaniem to najgorsza część wszystkiego. Trudno czasem napisać dobry opis, który nie zanudzi i nie zniechęci. Przede wszystkim człowiek ucieka się do powtórzeń typu "był" i "miał", które są najgorsze, trzeba ich unikać jak tylko się da i zamieniać na inne czasowniki. Drugi często popełniany błąd to przedłużanie akcji, która jest niepotrzebna - sama często się na tym łapie, a opisywanie najmniej istotnych czynności bohatera wcale nie jest tak super jak myślimy., dlatego warto podczas poprawek rozdziałów usuwać zbędne elementy by nadać fragmentom dynamiczność i elastyczność.

Opiszcie:

- pogodę
- uczucia bohatera
- poranek bohatera
- wypadek samochodowy

Na dzisiaj to koniec, do następnego!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 7 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-03 17:37:00

Autor: Tomeczek

Przyda się
Zaloguj się aby komentować.
2018-12-08 22:22:43
Wiek a doświadczenie
Witajcie, opowiem wam o sytuacji, która miała miejsce kilka dni temu. Muszę ją wam opowiedzieć, bo to był cios w policzek dla takiego pisarze jak ja!

Świat zostaje przejmowany przez młode pokolenia, jest nas coraz więcej. Czy to nie my, młodzi wytyczamy trendy, nowe prądy? Nasze umysły nie znają granic i wciąż odkrywamy nowe zakątki naszych dusz! Przyjaciele, czy nas wiek świadczy o doświadczeniu jakie posiadamy? Czy można być młodym i doświadczonym? OCZYWIŚCIE!

Przechodząc do sytuacji, która miała miejsce kilka dni temu. Na jednym z serwisów społecznościowych pojawił się wpis, w którym poszukiwano chętnych do prowadzenia warsztatów pisarskich.

Wymagania?

Doświadczenie - pisanie kreatywne, napisanie książki, prowadzenie bloga, osiągnięcia pisarskie itp.

Umiejętność prowadzenia takich warsztatów, oczywiście charyzma i inne takie, oraz bycie pedagogiem.

Skomentowałam to tak: "Szkoda, że nie jestem pełnoletnia" (bo będąc pełnoletnim można już pracować, prawda?

Odpowiedź? "Poszukujemy osób doświadczonych"

Cios w policzek niewyobrażalny! O jakim doświadczeniu mowa, jeśli z tego punktu wszystko spełniam?

Oczywiście potem komentarze innych użytkowników - nastolatków nie wezmą za autorytet, trzeba mieć wykształcenie... Tak? A do tego nie trzeba przypadkiem być starszym, nie trzeba ukończyć studiów? Gdzie tu jest potrzebne doświadczenie? Przecież na uczelnie nie przyjmą mnie w wieku 6 lat, prawda? Chyba nie zdobędę wykształcenia nie mając możliwości iść na uniwerek, co nie? Jak mam zostać pedagogiem i starać się o autorytet wciąż będąc nastolatką? Ale doświadczenie wciąż mam, a tamte argumenty sprowadzą się do wieku, a co za tym idzie mnie nie ma co zarzucić.

Poza tym, czy do warsztatów nie potrzeba młodych ludzi z otwartymi umysłami, którzy wiedzą, co ludzie chcą czytać? Dla kogo są te warsztaty? Pewnie ze dla wszystkich, ale mogę się założyć, że wielu uczestników byłoby niewiele starszych ode mnie! Ludzie prowadzący warsztaty też muszą znaleźć kontakt z odbiorcami, a najlepszym rozwiązaniem jest po prostu zawarcie znajomości.

Ugh, mówię wam byłam zażenowana, że tak traktuje się ambitną młodzież, tylko wiek wszędzie gra rolę, więc czemu mieszają to z doświadczeniem? Ja mam trzyletni staż i wiele sukcesów, nie mam wykształcenia bo na razie nie mogę, ale kto wie? Poza tym będąc starsza, będę miała tego doświadczenia więcej! Będę inaczej myśleć postrzegać, a wciąż będę młoda, i co? " Bez doświadczenia", powiedzą?

Jasne, a świnie latają, tyle mam do powiedzenia.

A jakie jest wasze zdanie na ten temat?

Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 6 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-12-10 21:52:26

Autor: Jothanne Washington

Och! W zupełności się z Tobą zgadzam! Ostatnio natrafiłam w internecie na pewien konkurs literacki, który polegał na napisaniu książki kryminalnej. Główną nagrodą w tym konkursie była możliwości wydania tej powieści. Kiedy to zobaczyłam pomyślałam sobie, że to moja szansa na spełnienie moich marzeń. Cóż, niestety długo w tym złudzeniu nie trwałam, ponieważ zagłębiając się bardziej w regulamin odkryłam, że jednym z warunków wzięcia udziału w konkursie jest ukończenie 18 lat. Czyż to nie kolejny przykład dyskryminacji?
Chociaż muszę się jeszcze odnieść do sytuacji, którą opisałaś powyżej. Niestety uważam, że organizatorzy tych warsztatów mają trochę racji, ponieważ pisząc te oto wymagania w pewien sposób zabezpieczają się i zapewniają jakość prowadzonych przez nich zajęć. Wydaje mi się, że te wymagania, to nie iloraz posiadanej wiedzy, lecz pewien rodzaj zatwierdzenia posiadanych umiejętności. Ponieważ organizatorzy warsztatów Cię nie znają, to nie są tym samym zaznajomieni z Twoim poziomem intelektualnym - stąd wymagają spełnienia pewnych kryteriów, aby upewnić się, czy osoba pożądająca tej pracy jest odpowiednia na to stanowisko. Jest jeszcze jedna kwestia.A mianowicie osoby dorosłe często traktują nastolatków, jak nieco mądrzejsze dzieci, lecz nie dosyć inteligentne i doświadczone osoby, aby można było nazwać je dorosłymi. A przecież wiek nie liczy się w latach...
Cóż doskonale rozumiem Twoje oburzenie. Sama jestem nastolatką i już nie raz spotkałam się z podobnymi rodzajami dyskryminacji wiekowej. Ale zobaczysz, gdy dorośniemy pokażemy tym wszystkim "dorosłym", że nie mieli racji! :D
Data: 2019-05-09 19:46:26

Autor: piórkiem_po_słowach

Jasne!
Zaloguj się aby komentować.
2018-11-30 11:31:24
Pisać każdy może - podstawy. cz.3
Witajcie ponownie w moim autorskim poradniku pisania! W tej części skupimy się na podstawowych elementach, bez których wasza powieść, książka, opowiadanie nie powstanie!

Przejdźmy od razu do rzeczy:

1. Bohaterowie

Najważniejszy element, prawda? Kto chciałby czytać książkę w której nie ma bohaterów? Zaraz, czy to w ogóle możliwe? Nie!

a) Jak obchodzić się z naszym protagonistą?

Przede wszystkim na samym początku musimy go sobie wyobrazić - jak wygląda? jaki ma charakter? w jaki sposób działa? Od razu określamy jego wiek - może głównym bohaterem będzie nastolatek, który wpadnie do wody i przeniesie się do niesamowitego, nieznanego świata? A może poznamy w średnim wieku mężczyznę, który rozpocznie śledztwo, by znaleźć mordercę, który zabrał mu córkę? Pełna dowolność, kochani. Ja za zwyczaj wzoruję bohatera na moich idolach, jestem do tego już przyzwyczajona , ale żeby nie było rutyny modyfikuję ich cechy, zachowania.

b) Wady i zalety bohatera

Myślę, że najtrudniejszym pisarza jest wykreowanie ciekawej postaci, która nie ujdzie za schematyczną i nudną. Nigdy nie róbcie z protagonisty typowego ciapy czy nie wiadomo jak odważnego rycerza, przecież oczywistym jest że każdy posiada słabe punkty, które ciekawie mogła wpływać na naszą historię! Może niech typowa grzeczna dziewczyna okaże zadatki na mechanika samochodowego? Niech odważny rycerz choruje na lęk przed ciemnością, jak poradzi sobie z wycieczką przez ciemny las? Poważny prawnik, który rozczula się na widok kotów i ma słabość do kolekcjonowania lalek? Wszystko zależy od was, najważniejsze jednak jest żebyście poczuli więź z postacią i aby ona podbiła serca czytelników.

c) Granice

Wiadomo że każdy ma swoje granice. Nasz bohater również powinien je mieć. Jeśli osadzasz akcje w prawdziwym świecie, a twój bohater zostaje potrącony przez samochód, nie możesz tego puścić mimo uszu i napisać że nic mu się nie stało. W normalnym wypadku powinien trafić do szpitala, a nie wstać i z połamanymi żebrami wrócić sobie spacerkiem do domu. Jeśli opisujesz świat fantasy, niektóre rzeczy muszą mieć swój koniec, np. jeśli smok zionie ogniem na bohatera, on musi mieć te głupie oparzenia - musisz opisać jego ból, odczucia. Najgorszym wypadkiem jest czynienie bohaterów nieśmiertelnymi - czym zainteresujesz czytelnika, skoro i tak będą wiedzieli, że nie mają się o co martwić, bo ich ulubieniec wiecznie będzie czuł się świetnie? Trochę gry na nerwach się przyda, pamiętaj!

2. Świat przedstawiony i czas

Dobrze jest już na samym początku, określić gdzie i w jakim czasie ma się dziać akcja waszej książki. Deszczowy Londyn z lat 90.? Dżungla na wyspie? Czasy współczesne a może przeszłe? Niektóre cechy świata będą zależały także od gatunku w jakim będziecie pisać, wiadomo że jeśli będzie to opowiadanie historyczne, to musicie znać fakty i inne ciekawostki w danym temacie.

Tak samo musicie zorientować się co w danym miejscu ma być, jeśli opisujecie Londyn nie możecie wcisnąć do miasta koloseum i pisać że jest tam wiecznie ciepło i przyjemnie (chyba że planujecie stworzyć krzywą rzeczywistość). Najtrudniejsze zadanie mają autorzy fantasy - ja na przykład kompletnie nie umiem opisywać świata kompletnie zmyślonego, nic nie jest oryginalne i wszystko sprowadza się do animowanych bajek co jest nudne.

Warto jest też określić jaki czas będzie dla was odpowiedni - ja na przykład umiem pisać tylko w teraźniejszości, kompletnie nie odnajduje się w gatunku historycznym czy tym z przyszłości.

3. Fabuła, akcja, wydarzenia

W dzisiejszych światach wszystko ucieka się do schematów, dla nas pisarzy trudną rzeczą jest stworzyć coś nad wyraz oryginalnego. Ciężko jest zrobić coś swojego, żyjąc w świecie bestselerów czy klasyków jak Harry Potter, ale trzeba kombinować, wykazać się kreatywnością i wyobraźnią. To trudne ale wykonalne.

Najlepiej jest stworzyć coś nieprzewidywalnego, ze zwrotami akcji, aby czytelnik czuł się jak na kolejce wysokogórskiej. Oczywiście nie można tego wszystkiego nader komplikować, CHYBA ŻE, umiecie radzić sobie z zagmatwaną fabułą i potraficie wszystko rozwiązać w taki sposób, że będzie miało to sens. Ja tak nie umiem, ale czasem zwroty akcji są moja mocna stroną. A potem dziwie się że czytelnicy mnie nienawidzą...

Hm... to chyba tyle... Oczywiście nie zapominajcie o tym, żeby rozwijać i kończyć poszczególne wątki. I nie przesadzajcie z ilością bohaterów, lepiej mieć ich dwoje niż piętnastu , tak samo z miejscami - lepiej by postacie chodziły do ulubionej kawiarenki niż jeździły do innych krajów by zjeść deser (chyba że taki jest zamysł, no to okej)

Do następnego!

Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 6 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-20 20:04:12
Pisać każdy może - jak zacząć? cz.2
Witajcie, w kolejnej części wpisu o pisaniu! Dzisiaj porozmawiamy sobie, jak w ogóle zacząć pisać.

Jak wszyscy wiemy początki nigdy nie są łatwe, ale nie należy się tym przejmować. Każdy od czegoś musi zacząć, są różne sposoby, by zabrać się do pisania, ale ja skorzystam z własnego doświadczenia i opowiem wam, jak zacząć historię, rozdział.

1. Początek (rozdziału, prologu).

Gdy zaczynamy pisać nie wiemy od czego zacząć, jest tego tak dużo i najchętniej wszystko wkradłby się na nasz papier w chaotycznym ułożeniu. Większość nie wie jak można rozpocząć typowy rozdział, prolog, ale wbrew pozorom nie jest to wcale trudne.

a) Najprościej zacząć od dialogu. Od razu wprowadzamy wypowiedź bohatera i wydarzenie, sytuację, którą możemy potem rozwinąć, np:

"- Och, przepraszam - pisnęła cicho Matylda, gdy przez swoją nieuwagę wpadła na nieznajomego chłopaka.

- Uważaj, jak chodzisz, kujonie - warknął, co zaskoczyło dziewczynę."

( I teraz możemy zacząć np. kłótnię, interakcję bohaterów, możemy opisać, co obydwoje czują, co chcą zrobić i przejść do dalszej akcji).

b) Opis pogody - bo jak wiecie, ludzie lubią zaczynać od rozmów o pogodzie, gdy nie mają pomysłu. Tutaj też się to sprawdzi, np.

"Słońce świeciło mocno, dostarczając wszystkim ludziom potrzebne ciepło. Bezchmurne niebo zaskakiwało swym błękitnym kolorem, łagodząc zestresowane dusze ludzkie, w tym duszę Matyldy, która zmęczona siedziała nad książkami i próbowała nauczyć się chemii. Jakże ona nienawidziła chemii, dosłownie mogła dostrzec ten fruwający w obłokach azot i tlen..."

c) Uczucia bohatera - mój ulubiony początek. Wtedy nie tylko ukazujecie ogólny teraźniejszy nastrój, ale możecie pokusić się o wplątanie elementów opisujących charakter waszego protagonisty. Czytelnik już na samym początku będzie mógł się z nim utożsamić i polubić, co zachęci go do dalszego czytania. np.

"Matylda pierwszy raz była tak szczęśliwa. Właśnie dostała szóstkę z historii i jej radość nie mogła być większa. Zawsze była pracowita i ambitna, ale historia nie szła jej najlepiej. Dzisiejszego dnia wydarzył się jakiś cud!"

2. Prolog (początek historii)

Naszą powieść możemy również zacząć od prologu - to takie wprowadzenie na początku książki, zwykle krótsze od rozdziału.

Czym powinien być prolog?

Zwykle jest skutkiem wydarzeń, które dzieją się w książce np. "Matylda nie mogła być szczęśliwsza, wreszcie brała ślub! Ale droga była ciężka.." i opowiadamy historię jak do tego ślubu doszło, co przeżyła nasza bohaterka. Jeszcze częściej prolog jest wprowadzeniem do całej historii, np: "Matylda nie wiedziała, czym była ta maszyna, więc weszła do środka. Wewnątrz ujrzała różne guziki, nacisnęła jeden i..." a potem, w dalszych rozdziałach opisujemy, jakie przygody spotkały Matyldę, gdy cofnęła się w czasie.

Na dzisiaj tyle skarbeczki, ale nie martwcie się, to nie koniec naszych pogawędek o pisaniu!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 6 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-13 22:18:48
Pisać każdy może - co na początek? cz.1
Witajcie, moi drodzy! Dzisiaj pogadam trochę o pisaniu. Mówiłam już o tym, jak zaczęła się moja przygoda z pisaniem, ale chyba nie miałam okazji wspomnieć o tym, jak w ogóle się za to pisanie zabrać, wyrobić swój własny styl itd.

Poprowadzę kilku-wpisowy (?) cykl "Pisać każdy może" i postaram się ułatwić wam początek przygody z pisaniem. Do roboty!

Co będzie nam w ogóle potrzebne, by zacząć pisać i nie zwariować?

1. Motywacja i wytrwałość

Każdy pisarz potrzebuje tego bardziej niż tlenu! Bez tego nic nie zdziałasz! Chcesz napisać rozdział, ale nie masz motywacji, by w ogóle ruszyć palcem? Piszesz i piszesz, ale w połowie historii mówisz sobie, że już ci się nie chce i porzucasz swoje debiutanckie opowiadanie? Błąd! Samozaparcie jest ważniejsze od weny (która zresztą jest wyimaginowaną wymówką, by na nią czekać, a ona i tak nie nadejdzie). Trzeba sobie powiedzieć: "Zrobię to!" i wziąć się do działania!

2. Pomysł, zarys

Wiadomo - przy krótkich projektach nie jest to tak potrzebne, ale gdy chcemy napisać dzieło z prawdziwego zdarzenia, musimy mieć na to jakiś konkretny plan. Najlepiej jest stworzyć zarys - choćby miał być bardzo ogólny - ma się on pojawić. Zawsze musimy posiadać jakąś podstawę, by budować inne elementy. Dopiero potem rozpisujemy wydarzenia, punkty kulminacyjne, jakieś wątki przyczynowo-skutkowe, robimy charakterystyki bohaterów, kreujemy świat przedstawiony w utworze. Dopiero potem zabieramy się do pisania.

3. Wybrany sposób pisania

Niby nic takiego, ale bez tego wielu ludzi polega. Musimy wybrać sobie, na czym chcemy pisać i w jaki sposób. Ręcznie, na laptopie? Może na tablecie? Od razu w wordzie, czy na jakiejś platformie internetowej? A może w zwykłych notatkach na tablecie lub w telefonie? Wygoda przede wszystkim! (Warto też wybrać swoją ulubioną czcionkę, ustawić interlinie itp., jeśli mamy taką możliwość)

4. Idealne miejsce i pora dnia

Kluczowe elementy wygody. Wolisz pisać na leżąco czy siedząc przy biurku? Dobrze pisze ci się w kuchni czy w zaciszu twojego pokoju? Lepiej ci się pisze w nocy a może w dzień? Należy sprawdzić każdą ewentualność - to klucz do przyszłego sukcesu.

5. Warunki pracy

To zależy od waszych własnych preferencji. Ja zazwyczaj piszę, słuchając smutnej muzyki i pijąc wodę niegazowaną przez słomkę z mojego ulubionego kubka - tyle mi wystarcza. Ach, i zawsze muszę mieć spięte włosy, tak to nic nie napiszę, heh.

6. IZOLACJA

Jeśli piszecie, najlepiej odizolujcie się od internetu, bo wiem, że łatwo się zdekoncentrować, gdy miga wam powiadomienie z portalu społecznościowego. Trzeba wyznaczyć sobie granice, kiedy nie używamy internetu lub mieć tak silną wole, by używać go do celów naukowych (sprawdzenie synonimów, szukanie informacji do książki itp.). Cóż, mnie się wiecznie nie udaje i w konsekwencji jeden dzień zajmuje mi napisanie czegoś, co ma tylko 7 stron A4. Jeśli byłabym odizolowana zajęłoby mi to góra trzy godziny. Da się? Da.


Czy wy też uważacie że wymienione wcześniej punkty są ważne? Jak się do nich stosujecie?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 5 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-11-14 20:09:13

Autor: Mary24

Hej! Masz super bloga :) Uwielbiam go czytać :3 Byłoby mi bardzo miło, gdybyś też zajrzała na mojego i zostawiła łapkę w górę:)
Zaloguj się aby komentować.
2018-11-09 20:29:32
11 listopada
Wiecie co? Ostatnio pisałam opowiadanie na konkurs literacki o emancypacji kobiet w czasie I wojny światowej i o dążeniu polek do odzyskania niepodległości. Powiem wam, było to dla mnie zadanie niezwykle trudne i do końca nie powiodło się ze względu na moją słabą znajomość ogólnych poglądów ludzi z tamtych czasów, ale mogę powiedzieć, że samo pisanie, samo wzięcie udziału w tym konkursie było dla mnie czymś niezwykłym.

Przede wszystkim bardziej mnie to wszystko uświadomiło w powadze sytuacji, dotarły do mnie rzeczy o których wcześniej nie myślałam, np. Wow, Polska w tym roku świętuje 100-lecie odzyskania niepodległości! Myślę, że jako młodzi ludzie powinniśmy zdawać sobie sprawę jak wielkie dla naszego kraju jest to osiągnięcie, wyróżnienie - zwłaszcza, że wywalczyliśmy je, wylewając swoją krew. (Jeśli mi się uda, postaram się opublikować to opowiadanie tutaj).

Historia Polski nigdy nie była dla mnie czymś interesującym, jeśli chodzi o te czasy I wojny światowej, ale zgłosiłam się do konkursu historycznego w tym zakresie i powiem wam, że 11 listopada będę spędzać nad książkami i wkuwaniu wiedzy o przebiegach bitew o niepodległość naszego państwa. Tutaj przyznam, że choć dla niektórych nie jest to czymś pasjonującym dla mnie będzie to naprawdę... cóż. Miło jest zgłębiać wiedzę o czymś co ma swoje święto racja? Szczególnie że jest to WAŻNE święto.

Poza tym opowiem wam trochę o obchodach niepodległościowych w mojej szkole, bo szczerze uważam, że powinnam się z wami z tym podzielić. Więc w dniu 6 listopada na sali gimnastycznej odbyła się wspaniała uroczystość, podczas której wystawiona została historia I wojny (szczególnie sprawy polskiej), czasy zaborów i późniejszych lat, bliższych II wojny światowej. Podczas spotkania, śpiewaliśmy oczywiście hymn i naprawdę byłam dumna, bo cała sala wręcz huczała - w tym najmłodsi. Odwiedziły nas także dzieci z przedszkola, które również śpiewały piosenki o tematyce nawiązującej do apelu.

Po skończonej uroczystości, na sale wjechał piękny tort w kształcie Polski (oczywiście biało-czerwony), paliły się zimne ognie i było dużo konfetti! Po wszystkim udaliśmy się do klas, gdzie poczęstowali nas tortem (również biało-czerwonym) było pięknie i pysznie!

Oprócz tego wczoraj (8 października) nasza szkoła zorganizowała wieczornicę, na której śpiewano pieśni patriotyczne, słuchano historii i oglądało się występy recytatorskie lub prezentowanie piosenek. Szczerze mówiąc, nie było mnie tam, ale z tego co słyszałam to było naprawdę wielkie wydarzenie. I oby tak dalej!

Warto także wspomnieć, że dzisiaj, dokładnie o 11:11 cała szkoła wspólnie zaśpiewała polski hymn. To były największe obchody związane ze świętem niepodległości, w jakich było mi dane brać udział. I jestem z tego niesamowicie dumna.

A wasze szkoły jak świętowały? Wy też macie zamiar jakoś to uczcić?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-03 21:17:11
Halloween
No już dawno po Halloween, ale u mnie trwa cały rok (bo się nawet przebierać nie muszę).

Na ogół nie świętuje tego zagranicznego święta, ale w tym roku moja przyjaciółka zaprosiła mnie do siebie na imprezkę z tej okazji i muszę wam powiedzieć ze było świetnie! Co prawda nie chodziłyśmy po domach i nie zbierałyśmy cukierków, ale miło spędziłyśmy czas w zaciszu jej pokoju.

Szczerze, myślałam ze będzie nudno lub będziemy robić bardzo przyziemne rzeczy, ale jej mama rozruszała nas trochę, rzucając nam stroje i mówiąc, że mamy imprezować!

Nie skorzystałyśmy z proponowanych przez nią stylizacji. Postanowiłyśmy się przebrać za naszych idoli. Narysowałyśmy sobie na rękach tatuaże i zrobiłyśmy karaoke.

Oczywiście bawiłyśmy się przy ulubionej muzyce. Nie zapominajmy także o dobrych słodyczach!

Oczywiście odbyła się także noc horrorów, oglądnęłyśmy dwa naprawdę ciekawe filmy trzymające w napięciu oraz jeden taki lekki dla rozluźnienia. Poszłyśmy spać dopiero po piątej nad ranem, bo usypiałyśmy w połowie ostatniego filmu. Wstałyśmy około jedenastej/ dwunastej. Pełne energii zjadłyśmy śniadanie i tutaj śmieszne wydarzenie - Frytka - pies mojej koleżanki - zjadł mi kanapkę z talerza! Myślałam ze tam padnę . Potem wspólnie wyprowadziłyśmy czworonożnych przyjaciół, ja miałam na smyczy Frytkę i było to naprawdę fajne ( w dodatku była naprawdę ładna pogoda).

O! Pominęłam, że kiedy się obudziłam, Frytka się do mnie tuliła - naprawdę kochany z niej piesek.

Potem oczywiście musiałyśmy dokończyć nasze nocne jedzonko i zjadłyśmy prawie całe pudełko żelków, rozwiązując quizy o naszym ulubionym zespole. Było świetnie!

Jak w tym roku spędzaliście 1 listopada?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-30 14:16:18
Dużo rzeczy i brak czasu
Witajcie! Przepraszam za moją nieobecność, III klasa gimnazjum dalej popalić, ale powoli wracam do żywych i postaram się wstawiać posty regularnie jak było wcześniej.

Porozmawiajmy dzisiaj o czasie, a konkretnie o moim czasie i rzeczach, które robiłam, gdy nie było.

Otóż ostatnie dwa miesiące są niezwykle zabiegane, mamy dużo sprawdzianów z dość obszernych działów i zrobienie jakichkolwiek powtórek zajmuje stanowczo za dużo czasu. Poza tym konkursy - duuużo konkursów. Francuski, Angielski, Polski, Matematyka, Plastyczny i niedługo Historia - do wszystkiego trzeba się choć trochę przygotować, a w połączeniu z normalnymi obowiązkami ucznia wychodzi niezły natłok tego wszystkiego.

Dlatego tak rzadko tutaj byłam ostatnio, choć wiele razy starałam się napisać cokolwiek. Korzystając z wolnego dnia od szkoły, ponieważ moja klasa pojechała na wycieczkę, chcę przekazać wam - szczególnie młodszym - Cieszcie się póki możecie! Kiedy nadejdzie dorosłość nie będziecie mieli czasu nawet na oglądnięcie półgodzinnego odcinka serialu.

Cud że się ze wszystkim w miarę wyrabiam, jestem naprawdę człowiekiem renesansu, heh.

Wam też coś zżera dużo czasu? Powiedzcie czy radzicie sobie ze wszystkim!
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-15 15:58:01
Warto marzyć - o moich marzeniach
Marzenia są nieodłącznym elementem w naszym życiu. Bez marzeń i fantazji nasz świat byłby szary i pozbawiony sensu. Czasem myślę, że wyobraźnia, świat marzeń jest czymś naprawdę naturalnym, jest czymś co mamy już od najmłodszych lat i trudno jest nam pozbyć się tej zdolności kreowania w swoim umyśle rzeczy, których skrycie pragniemy. Oczywiście nie wszystkie marzenia czy cele są realne, aczkolwiek z roku na rok wielu ludzi udowadnia i światu i przede wszystkim samym sobie że niemożliwe staje się możliwe - wystarczy jedynie odrobina chęci, ciężkiej pracy, wytrzymałość, wiara i nadzieja.

W tym wpisie opowiem wam trochę o moich planach na życie a raczej marzeniach, które zajmują moją głowę. Niekoniecznie wszystkie je spełnię, bo faktem jest, że człowiek zmienia się co siedem lat i zanim dorosnę pewnie wiele poglądów zmieni się i wszystko będę postrzegać zupełnie inaczej niż obecnie, ale na razie odłożymy tę informację na bok.

1. Wielka Brytania

Bardzo, chciałabym wyjechać z kraju i zamieszkać gdzieś w UK. To moje marzenie od dawna, przecież tam jest pięknie. Atmosfera, klimat... tyle możliwości! Ale wiadomo by to osiągnąć muszę znać język - angielski jest przepustką do wymarzonego miejsca zamieszkania.

2. Dom.

Kiedy wybiorę już sobie lokalizację, wybuduję dom. Nie jakiś wielki, nie będzie to nie wiadomo jakich rozmiarów willa z basenem... Dobra - chcę wybudować sobie samodzielnie zaprojektowany dom z simsów... Może jednak to się zaliczy do małej willi... Ale zaraz, zaraz! Najważniejsze będzie wnętrze - ściany obklejone zdjęciami i albumami muzycznymi moich idoli, tajemne przejścia, tematyczne pokoje niczym w Hogwarcie, szafy wypełnione merchem i inspirowanymi ubraniami gwiazd outfity, dużo fandomowych gadżetów! Wielkie głośniki i telewizor żeby oglądać Dunkierkę w najlepszej jakości... Bardzo przytulnie urządzone pomieszczenia, zmiana wystroju ze względu na okazje. I co najważniejsze... cudowne świeczki zapachowe. Czy to nie brzmi idealnie?

3. Zwierzaki.

Jak wiadomo ludzi nie lubię, ale do zwierząt pałam ogromną miłością! Marzy mi się opieka nad małym mopsem o imieniu Niall, nad słodkim jeżykiem o imieniu Louis i dwoma kotami birmańskimi o imionach Zayn i Liam. I chcę w końcu zacząć biegać, więc myślę że większy piesek o imieniu Harry byłby moim idealnym towarzyszem.

4. Praca.

Oczywiście do wszystkiego będzie potrzebna mi dobra praca. Niestety z milionerem się pewnie nie hajtnę, więc... Ale kto wie?

5. Biblioteka.

Tak, w moim domu ma być duża biblioteka, wiele regałów i kącik do pisania książek.

6. Wydanie książki.

Wiecie, pewnie że piszę? Pisze, bo lubię, bo to moje hobby, bo to mój zjadacz stresu, bo to coś co rozwija. Mam wiele pomysłów na książki i chcę podzielić się z ludźmi moimi przeżyciami czy poglądami. To naprawdę super sprawa... A będąc już w temacie, można powiedzieć że jedna z moich prac znalazła się w papierowej wersji! Autografy na lewo, zdjęcia na prawo i nie pchać się proszę, he he he.

7. Podróże. Koncerty.

O tak, naprawdę chcę zwiedzić wiele miejsc i poznać wielu nowych ludzi - najlepiej na koncertach moich idoli. Ci ludzie zawsze są super osobami!

8. Spotkanie z idolami.

Może niemożliwe, a może możliwe... Czas pokaże.

I to chyb a tyle, a wy jakie macie marzenia? Uważacie że warto marzyć a może to bezsens?





Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-10 20:21:28
Jak się uczyć, żeby się nauczyć?
Witajcie, kochani, następny tydzień szkoły minął a wraz z kolejnymi będziemy musieli przyzwyczajać się do kartkówek i sprawdzianów. W tym wpisie opowiem wam trochę o tym, jak się uczę. Może wprowadzicie niektóre metody do swojego planu.

1. Słuchanie na lekcji.

Niby przereklamowany na dobrą sprawę, ale warte poświęcenia. Jeśli zapamiętacie rzeczy z lekcji, mniej będziecie musieli robić w domu, u mnie się to dobrze sprawdza np. na przedmiotach przyrodniczych lub historii.

2. Robienie notatek.

Ważne jest to, by notować rzeczy, o które poprosi nauczyciel. Jeśli wiesz, że przepisujesz książkę i jeśli lubisz się z niej uczyć, pisz jedynie numery stron, gdzie zawarte są konkretne informacje. Warto jednak jest pisać, ponieważ wpływa to na pamięć i pozwala więcej z lekcji wynieść.

3. Miejsce na zadania.

Dobrze jest mieć specjalne miejsce na książki i zeszyty, z których będziecie musieli skorzystać w najbliższym czasie (macie zadanie lub musicie się czegoś nauczyć). Świetnym sposobem na poukładane podręczniki jest organizer, który możecie kupić lub samemu zrobić. Po przyjściu do domu wypakowujecie przedmioty, z których macie coś do zrobienia. Jeśli przerobicie dany materiał, po prostu odkładacie książki bądź zeszyty na bok i zabierać się za kolejną część lekcji umieszczoną w "specjalnym miejscu".

4. Odrabianie zadań domowych. 

Wiem, że nikt nie lubi tracić na to czasu, ale podziękujcie sobie za to. Zadania domowe są dobrym sposobem na utrwalanie tematów z lekcji, dzięki nim więcej się nauczycie oraz i sprawdźcie swój dotychczasowy zakres wiedzy z danego przedmiotu. 

5. Prowadzenie kalendarza. 

U mnie się sprawdza doskonale. Dobrze jest mieć miejsce, w którym rozpiszecie sobie, co będziecie robić danego dnia lub kiedy ma odbyć się ważny sprawdzian lub kartkówka. 

6. Zasada weekendowa. 

Moja nauka wygląda w następujący sposób: wszystko czego nie zrobię w tygodniu lub jest zaplanowane na następny tydzień - robię w weekend. Przykładowo: Mamy środę, a kartkówkę, do której muszę się pouczyć mam zaplanowaną na wtorek. Z poniedziałku mam zadanie z francuskiego, które mam zrobić dopiero na środę, a do tego mam zadanie z matematyki z piątku. Wszystko robię na spokojnie w weekend, będąc pewna, że wszystkie zaległości z poprzedniego tygodnia są zrekompensowane, a rzeczy na następny tydzień są zrobione. U mnie ta metoda naprawdę działa, bo zaoszczędzam czas w tygodniu, a weekend poświęcam sobie i szkole.

7. Nauka poprzez prowadzenie lekcji. 

Tutaj musicie znaleźć swój sposób na naukę. Dla mnie najlepszym jest prowadzenie zajęć. Kiedy mam coś do nauczenia, udaję, że jestem nauczycielką i próbuję nauczyć innych - powtarzam, tłumaczę wszystko na głos, lepiej zaznajamiając się z materiałem. Pod koniec powtarzam sobie wszystko i sprawdzam czy zapamiętałam to, co było mi potrzebne. 

8. Zeszyt powtórkowy. 

Zawsze uczę się z zeszytów przedmiotowych, ale gdy przychodzi czas na sprawdzian, sprawdzam również książkę, po czym spisuję rzeczy, których nie mam w notatkach do takiego "specjalnego zeszytu", z którego później się uczę. To świetny sposób do posiadania ważnych rzeczy w jednym miejscu. 

To chyba tyle z moich rad/metod szkolnych z których korzystam. Najważniejsze jest jednak posiadania chęci i motywacji, bez tego nic nie osiągnięcie.

A wy macie jakieś sprawdzone metody do szkoły?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-07 10:23:40
"Siłaczka"
W niedzielę czytałam ?"Siłaczkę" od Żeromskiego i powiem wam, że byłam zdruzgotana, gdy dotarłam do końca. 

Historia opowiada o doktorze Pawle, któremu życie w Obrzydłówku już obrzydło. Wiecie, facet to był taki, który się już życiem nie cieszył, energii i chęci do czegokolwiek nie miał. Wydzierać się chyba tylko na ludzi potrafił, jak dla mnie był typowym cholerykiem z domieszką melancholika, bo wciąż poddawał się refleksji, był zamyślony i dopadała go metafizyka. Oczywiście przyjeżdżając do Obrzydłówka miał plany, nawet swoje ideały w życie próbował wcielić, niestety wszystko opadło. 

Pewnego ranka do jego mieszkania wpada nijaki Ignacy, przysłany przez sołtysa. Doktor Paweł chyba nie lubił mieć nieproszonych gości, bo był wobec niego niegrzeczny, jednak zgodził się jechać z nim trzy mile przez las do wioski chłopskiej, by zbadać pewną nauczycielkę. Wspomnę jeszcze, że na dworze rozpętała się istna burza śnieżna, a oni w saniach przypiętych do koni, jechali kawał drogi, co było dla mnie śmieszne, nie pytajcie dlaczego. 

Dojechali po paru godzinach, idą do chaty, w chacie baba, która lamentuje, doktor Paweł idzie do pokoju, gdzie leży chora i doznaje szoku. Toż to jego ukochana Stanisława Bozowska, w której podkochiwał się za czasów studiów! Diagnoza? Biedaczka umiera na tyfus! Choroba śmiertelna, co począć! Dziewczyna ledwie przytomna w łóżku leży, a doktor Paweł spędza z nią całą noc, doglądając i ponawiając badania - mierzy jej temperaturę i sprawdza stan ogólny. Płacze, siedzi załamany i wspomina jak się poznali. 

Lek, po który posłał jednego chłopca, nie nadchodzi, więc rano sam wyrusza do Obrzydłówka po lekarstwo. Nie chce zostawiać swojej ukochanej, ale musi, więc jedzie, a gdy wraca? Płacz, szloch, krzyki - biedna Stanisława na niego nie czekała. Umarła, odeszła, pozostawiając pustkę i żal. 

Paweł załamany, dzieci modlą się, nauczycielki Stanisławy Bozowskiej już nie ma?

Nie rozpłakałabym się na tym, gdyby nie to, że w Like Lillies (ff o Larrym), było podobnie. Nadeszła śmierć, gdy tej drugiej osoby nie było i nie pożegnali się ze sobą. Czy to nie okropne? Także... tak, poryczałam się przy tym Żeromskim, jak nie wiem co. I więcej nic od niego nie przeczytam, niech zapomni o nowej fance. 

Żartuję! 

Jeśli chodzi o literaturę czy filmy, te na których płaczę są najlepsze, bo jestem straszną masochistką, jeśli chodzi o takie rzeczy. Uwielbiam płakać i przeżywać i jeśli mówię, że nigdy więcej tego nie oglądnę lub nie przeczytam, to bądźcie pewni, że na pewno jeszcze do tego wrócę. Nawet z dziesięć razy i dalej będę mówić jak bardzo tego nienawidzę i jak okropne to było. 

Co do samego tytułu "Siłaczka", jak mniemam, było określeniem na Stanisławę - już w czasie studiów wyjechała, by uczyć. Od bodajże trzech zim, jeśli dobrze pamiętam. Mieszkała w chatce w złych warunkach i nic dziwnego, że zachorowała. Poświęciła, się pomagając najbiedniejszym, choć miała wiele możliwości, wciąż ucząc i pracując, opracowywała książkę "Fizyka dla ludu", dźwigając na sobie multum obowiązków, zmagała się również z samotnością. Była naprawdę silna, prawda? 

Żeromski był naprawdę dobrym pisarzem, podobało mi się to, choć nie lubię literatury polskich autorów. 

A wy czytaliście coś od Stefana Żeromskiego?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-03 20:12:31
Moje powody do szczęścia
Jak być szczęśliwym? 

Kolejna inspiracja, którą zaczerpnęłam z języka polskiego. Szczęście ? szersze pojęcie zadowolenia, godne porównania do życia. 

Wpadłam na ten wpis, pisząc zadanie dodatkowe o życiowych radach jak być szczęśliwym. Rad wyszło mi dziesięć, ale powiem wam, że tutaj napiszę to w bardziej niepoważny sposób. Wcale nie musicie się z tym zgadzać, nie powinno się porównywać swojego szczęścia do innych i szukać w życiu cech, które posiadają nasi rówieśnicy. To tak jak z wartościami w naszym życiu, o których pisałam w pierwszym moim wpisie ? każda piramida wartości będzie inna, ale tak samo ważna. 

W swoim zadaniu byłam gotowa zawrzeć wszystkie cytaty z moich ulubionych fanfiction i powiem wam, że wynalazłam ich całkiem sporo i naprawdę wiązały się one z tematem. Aż szkoda, że nie mogłam ich wykorzystać, bo rady miały być po prostu krótkimi hasełkami (a i tak przesadziłam z ich ilością). 

Dobra, przejdźmy może do spisu, rzeczy które w MOIM życiu, wpływają na moje szczęście.

1. Posiadanie idola.

Powiem wam, to jest naprawdę kluczowe, to jest właśnie ten punkt wyjścia w moim życiu, od którego powstały kolejne punkty. Moimi idolami jest One Direction, są moją inspiracją i bardzo lubię ich muzykę. Harry to chyba artysta, który wpływa na mnie najbardziej, zaraz po nim jest też Louis ? oni z kolei prowadzą do kolejnej rzeczy, czyli Larry?ego ? mojego OTP, który również wiele wniósł do mojej egzystencji. 

Jeśli chcecie, żeby w waszym życiu działo się coś ciekawego, chcecie nadać mu sens, znajdzie sobie idola. 

2. Pisanie.

Jest świetną terapią, ucieczką od stresu i przelaniem wszystkich negatywnych emocji na papier. To coś, co mnie uszczęśliwia, rozwija kreatywność, daje poczucie spełnienia i wolności. Tylko wtedy mogę być tym, kim chcę lub robić co chcę, opisywać historie, które widzę oczami wyobraźni, choć nigdy nie miały miejsca. Czy to nie cudowne? Tworzyć swój własny świat, bohaterów, wydarzenia...

3. Czytanie.

Niekoniecznie chodzi mi tutaj o te zwykłe, papierowe książki. Mam na myśli świat fanfików, wy nawet nie zdajecie sobie sprawy jak tam jest pięknie. Uwielbiam tam wyjeżdżać i zostawać. Najchętniej bym już stamtąd nie wracała. 

Oczywiście po każdym fanfiction, jakie sobie wybiorę, mam depresję pofanfikową - ponieważ wszystkie lekturki które sobie wybiorę się dołujące albo tak piękne, idealne, że trudno mi przejść do czytania następnych dzieł. 

4. Twitter.

Może to uzależnienie, ale przesiaduję tam sporo czasu. Nowinki i inne pierdółki o moich idolach ? każdy zachwyt, gdy zobaczę nowe zdjęcie, nową aktywność, nową informacje. Tam jest tyle małych rzeczy, które mnie uszczęśliwiają i pozwalają wyluzować ? bezczynne scrollowanie to coś, co zabija mi czas, gdy mam go za dużo. I naprawdę to skarbnica wiedzy i super osób. 

5. Internetowe przyjaciółki, osoby z Twittera.

Poznałam już ich naprawdę sporo, wciąż piszemy i piszemy. Pomagamy sobie, wspieramy się. Możemy zwierzać się sobie na wszystkie tematy, gadamy albo o szkole, albo o rzeczach kompletnie nieistotnych. Wciąż wole mieć ibfs niż przyjaciół w realnym świecie. Przez internet, na odległość jest to bardziej magiczne, w dodatku, kiedy robicie rzeczy, o których ta druga osoba zawsze marzyła ? pisanie pocztówek, listów, nawiązywanie do fanfików, wydarzeń związanych z idolami? Żyć nie umierać, prawda? 

6. Samotność.

Dużo samotności. Czas dla siebie, kiedy mogę w spokoju pomyśleć, zrobić wszystkie rzeczy z listy, coś napisać czy poczytać. Lubię być samowystarczalna, żyć w swoim świecie i ignorować złe rzeczy. Jeśli nikt nie wkracza nieproszony do mojej bezpiecznej przestrzeni, potrafię być prawdziwą oazą spokoju. Lubię jednak czasem z kimś porozmawiać i się pośmiać, ale nie przywiązuje się. Wszystko jest ulotne ? życie, przyjaźnie szkolne. 

7. Nauka.

Niby jej nienawidzę, ale nie wyobrażam sobie, nie nauczyć się dat z historii albo definicji na matematykę. Wbrew pozorom kocham rozwiązywać zadania ? ćwiczenia z gramatyki z angielskiego czy nieskomplikowane działania matematyczne. 

8. Sport.

To samo co z nauką ? niby nienawidzę, ale już wole się trochę spocić niż siedzieć bezczynnie. Poza tym wysiłek fizyczny powoduje uwolnienie endorfin ? hormonów szczęścia. Czy to nie dobry powód by ćwiczyć? 

9. Muzyka.

I-D-E-A-L-N-A. Na każdą porę, sytuacje, nastrój. Świat bez muzyki nie byłby światem, tylko tyle mam do powiedzenia w tej sprawie. Ostatnio zaczęłam również grać na ukulele i powiem wam że jest to fenomenalne! Umiem już grać cztery utwory i jestem z siebie bardzo dumna bo nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z takim instrumentem. 

Myślę, że to tyle z rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Jestem ciekawa jak wygląda wasza lista i czy w ogóle wiecie, co wyzwala w was ten błogosławiony stan, więc zadanie na dziś: zrób listę rzeczy, które cię uszczęśliwiają. 
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-09-30 12:59:46
Back to school
Szkoła oficjalnie się już rozpoczęła i moja pierwsza myśl po przebudzeniu codziennie brzmi: "Sturlamy się dziś ze schodów?!". Nie, nie, nie. Oczywiście żartuję, nie bierzcie tego na poważnie, mam nadzieję, że jesteście pozytywnie nastawieni do tego roku szkolnego i nie myślicie o zjedzeniu na śniadanko płatków z kwasem, he, he. 

Jak wiadomo za każdym razem, gdy po wakacjach wracamy do szkoły, jesteśmy trochę przytrzymani i nie wiemy, co się dzieje w okół nas. Powiem wam, że czułam się tak dzisiaj na zastępstwie za matematykę (i tak była matma, pff), kiedy przypominaliśmy sobie o funkcji liniowej i rozwiązywaniu układów równań. Serio, po tych wakacjach kompletnie zapomniałam jak się liczy, wszakże dla mnie 15x15 to 125 (pozdrawiam, matematycznych geniuszy mojego pokroju!). 

Pierwsza sprawa: podział godzin. Nasz plan lekcji jest ogólnie... dobry. Piątki są chyba najgorsze pod względem lekcji, ale poza tym kończymy codziennie o godzinie czternastej, zaczynamy zajęcia o godzinie ósmej (prócz piątków, mamy na 7:10), a wtorki to chyba mój ulubiony dzień, bo mamy dużo przedmiotów humanistycznych (a ja to taki human, no wiecie). Nienawidzę śród, bo to niebo dla biolchemów, a piątki to takie typowe miejsce dla mat-fizów (nie lubię tak bardzo, kurcze). 

Jak tam wasze plany lekcji? Podobają wam się, czy już wyrzuciliście je do kosza? 

Rozpoczęcie roku było chyba najlepsze - dwie godzinki polskiego to raj, więc optymizmu mi nie brakowało (po prostu chęci nie było). Zaczęliśmy od okresów literackich i powiem szczerze, że nie znałam kolejności i tych autorów w danej epoce i byłam tak bardzo zła na siebie za to, że sobie nawet nie wyobrażacie (dlatego po powrocie do domu, poczytałam sobie notatki z lekcji i okej, znam już kolejność i autorów czy poetów z tamtych okresów). Poza tym po głowie wciąż chodziła mi myśl o Słowackiewiczu i miałam ochotę się tak bardzo śmiać... 

Druga sprawa: nauczyciele. Mamy duże zmiany w tym roku. Zmieniła nam się pani od geografii (mega się cieszę), pani od niemieckiego też jest jakaś nowa i pani od techniki też. Ponad to przez najbliższy tydzień (lub tygodnie) będziemy mieć zastępstwa za panią od fizyki i matematyki. Na początku się ucieszyliśmy, ale kiedy dowiedzieliśmy się ze będziemy mieć te lekcje z innymi nauczycielami, chcemy żeby nasza nauczycielka wróciła. Jest wymagająca i wszystko inne, narzekamy że nie da się z nią żyć, ale jeśli chodzi o matematykę czy fizykę, jest najlepsza i wiemy, że nikt inny jak ona tak dobrze nas niczego nie nauczy. 

Dzisiaj tak w ogóle poznaliśmy panią od biologii - powiedzmy, że to pani od polskiego v.2 (chociaż pani od polaka jest niezastąpiona, okej). Prosto z mostu powiedziała nam o sposobie prowadzenia swoich lekcji i poprosiła nas o wypisanie na tablicy naszych warunków. Fajnie, że wzięła nas pod uwagę. Cisnęła sarkazmem i ironia na prawo i lewo (uwielbiam takie osoby), była zabawna i mówiła o biologii jak o czymś co naprawdę chce nam pokazać i szczerze, jestem pozytywnie nastawiona, chociaż będzie więcej pracy. Będzie trzeba się postarać! 

Co na koniec... W ogóle nie mam chęci do czegokolwiek, chociaż widzę u siebie już pierwsze oznaki zapału (już po pierwszym dniu chciało mi się uczyć, czy to nie dziwne?), mam nadzieję, że jakoś to będzie, bo w tym roku mamy egzaminy i praca będzie na pełnych obrotach. 

Najbardziej chyba nie podoba mi się to że będzie nowa bibliotekarka w naszej szkolnej bibliotece. Mam problemy z poznawaniem nowych ludzi, więc chyba będę już rzadziej chodzić do tej biblioteki, szkoda. 

A jak tam wasze początki z nowym rokiem szkolnym? Jakieś zmiany, postanowienia?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-09-26 15:08:30
Z życia introwertyka
Nie znam się na introwertyzmie, ba, sama nie wiedziałam nawet, że należę do tego kręgu osób, które go posiadają. Podejrzenia podejrzeniami, ale wiem na pewno, że introwertyk ze mnie jak ulał (chyba że jestem już socjofobem, to inna sprawa). Czy to coś złego? Nie. Może bardziej uciążliwego, chociaż mi tam jakoś szczególnie nie przeszkadza. 

Jak już pisałam we wcześniejszym wakacyjnym poście, planów na spędzenie wolnego czasu miałam co nie miara - czytanie książek, pisanie czy ta zwiększona aktywność fizyczna. Choć wakacje się jeszcze nie skończyły, już mogę wam powiedzieć, że z listy lektur które miałam przeczytać... no, właściwie to nie miałam czasu ich czytać, powiedzmy prosto z mostu. 

Aktualna lista książek, które udało mi się przeczytać to: 

- Tamte dni, tamte noce 
- Śnieżny wędrowiec
- Oskar i Pani Róża 
- Autobiografia Zayna 
- Listy do utraconej 
- Playlist for the dead 
- Milion odsłon Tash (w trakcie, może skończę jeszcze przed szkołą) 

Lista książek, do których nawet nie zerknęłam: 

- Panika 
- Tysiąc pięter 
- Badacz potworów oraz kontynuacje 
- TO
- Lato Eden 
- Kiedy byłem dziełem sztuki

Książki, które udało mi się napisać: 1/5

Pytanie brzmi: Jakim cudem nie miałam czasu pisać i czytać, skoro zapewne nie wychodziłam z domu? 

Ludzie - to jest odpowiedź. Ludzie, ludzie, ludzie wszędzie oni - przyjaciele, rodzice. Co za tym idzie - wyjścia.

Wiecie, najbardziej denerwują mnie ludzie lub sytuacje, które mogą zakłócić mój codzienny porządek. Albo gadanie: "Czemu nie możesz wyjść, przecież ty nic nie robisz!". 

Wyjaśnijmy sobie to: jeśli mówię, że nie chcę wychodzić to nie chcę i kropka. Ile razy w te wakacje miałam sytuację, że byłam wręcz wyciągana z domu ile razy miałam ochotę krzyczeć że nie wyjdę, że mam plany i jestem zajęta i nie mogę od tak wyjść się spotkać. Wyjścia, spotkanie - one zajmują mój czas, one nie są wliczane do mojego wolnego czasu czy relaksu. Traktuje je bardziej jak konieczność, przymus, ponieważ najlepiej mi sam na sam z książką i kawą. 

Kolejny punkt to przygadywanie mi, że przecież nie mam nic do roboty. Okej, dla ciebie to nie jest ważne, ale dla mnie wręcz przeciwnie - czytanie i pisanie to mój sposób na spędzenie czasu i wcale nie potrzebuję w moich planach ciebie. Niektóre plany mam do zrealizowania po prostu w domu i wcale nie zalicza się to do lenistwa. Od kiedy wysiłek intelektualny to lenistwo? Żeby myśleć nie potrzebuje wychodzić z domu. 

Niezapowiedziane wizyty? Nienawidzę. Nie cierpię. Jeśli to babcia, ktoś z rodziny, okej. Ale jeśli to znajomi, którzy sterczą mi pod blokiem i szantażują że jeśli nie wyjdę to nie pójdą to rozwalanie mojego wewnętrznego spokoju i sprawianie że wpadam w panikę i nie chęć. Wizyty najczęściej składane około godziny osiemnastej, kiedy nieświadoma niczego, jestem już w piżamce i jestem pewna, że już nigdzie nie wyjdę. A tu nagle BAM! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja wtedy po prostu czuję jak tracę grunt pod nogami. Mam ochotę uciekać byleby nie zmieniać moich planów na wieczór czy inne dni. Też tak czasem macie? 

Nienawidzę niezorganizowanych spotkań, szlajania się nie wiadomo gdzie czy innych tego typu spontanu. Jeśli wiem, że mam iść do kina - to w porządku pójdę. Jeśli wyjście jest niezorganizowane, wychodzę tylko pod przymusem. 

Nieodzywanie się w towarzystwie - wielka przypadłość, która doskwiera na każdym kroku i chociaż mnie to osobiście nie przeszkadza, ludziom wokół już tak. Mogę słuchać, ale jeśli chodzi o wydobywanie ze mnie słów - pisemnie - owszem, gadane - marne szanse. I te sytuacje, w których ludzie rozkazują: "Mów coś, no powiedz!" a ty choć znajdujesz się w kręgu przyjaciół czy najbliższych nie potrafisz wydobyć z siebie ani słowa, bo na jaki temat niby masz gadać? 

Teraz to może wydać się dziwne - mam grupę osób z którymi mogę rozmawiać normalnie, na luzie tak, że brakuje mi powietrza na klecenie kolejnych zdań. Tych osób jest niewiele, zaledwie sześć wliczając w to rodziców, a tak naprawdę z jedną z tych osób chodzę do klasy.

Kolejny fakt o mnie, a może o introwertyzmie: w sytuacji 1:1 czuję się dobrze, nawet super, ale kiedy jest moment, w którym siedzę w towarzystwie na przykład 1:2 - to bardzo prawdopodobne będzie, że one poprowadzą między sobą konwersację a ja usiądę z boku i będę się przysłuchiwać. Większe towarzystwa nie są dla mnie. 

I teraz czas na pojedyncze sytuacje z mojego życia: 

- Boję się zapytać w sklepie sprzedawcę o cokolwiek, jeśli nie jest to konieczne. 
- Unikam siadania w autobusie, zazwyczaj stoję by nie musieć ustępować innym miejsca, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
- Złoszczę się, gdy idąc lub jadąc autobusem i słuchając muzyki, natykam się na znajomego, z którym będę musiała porozmawiać i wyciągnąć słuchawki z uszu. 
- Jestem przyzwyczajona, że gdy jeżdżę na treningi na przystanku nikogo nie ma, lubię czekać na autobus w samotności, a kiedy ktoś tam jednak czeka, czuję niepokój. 
- Na lekcjach, nawet jak znam odpowiedź, nie odezwę się. Dopiero kiedy nauczyciel mnie wybierze, coś tam powiem. 

A wy? Jesteście ekstrawertykami, introwertykami czy ambiwertykami? 
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-08 21:02:01
Moje wakacje, moje plany
Wakacje tuż tuż - nadchodzi czas na odpoczynek od szkoły i miłe spędzenie czasu. Dzisiejszy post będzie bardzo luźny i króciutki, ponieważ już jestem nastawiona na wolny czas i beztroskie leniuchowanie, co w konsekwencji doprowadza do tego, że nie chce mi się pisać, ha, ha.

W tamtym roku miałam plany na dużą aktywność fizyczną i codzienne wychodzenie z domu, co zaliczyło jednak ogromne niepowodzenie. Na tegoroczne wakacje zaplanowałam przede wszystkim czytanie książek takich jak:

- Tamte dni, tamte noce
- Panika
- Tysiąc pięter
- Badacz potworów oraz kontynuacje
- TO
- Śnieżny wędrowiec (muszę to dokończyć, bo od tamtych wakacji jestem w połowie)
- Lato Eden
- Oskar i Pani Róża (czytałam wielokrotnie, ale teraz będzie mi potrzebna, dlatego ze piszę książkę na jej podstawie i muszę mieć się na czym wzorować)
- Milion odsłon Tash
- Autobiografia Zayna
- Listy do utraconej
- Playlist for the dead
- Kiedy byłem dziełem sztuki

Równocześnie jest to także lista książek dla was, jeśli nie macie pomysłów, co czytać podczas dwumiesięcznej przerwy.

Co zalicza się jeszcze do mojej listy wakacyjnej? Mam zamiar napisać trzy książki.

Jedna nosi tytuł "Proszę, puść mnie" i opowiada o życiu osoby z osobą chorującą na depresję. Oczywiście całość jest młodzieżówką, główni bohaterowie mają po piętnaście lat i wszystko jest opisane z perspektywy czasu. Myślę, że jest to całkiem interesujące i pozwoli przybliżyć obraz depresji osobom, które myślą, że jest ona jedynie ciągłym smutkiem. Jeśli uda mi się ją skończyć z radością, będę publikować rozdziały właśnie tutaj, ponieważ pojęcie depresji wśród młodych osób często jest nadużywane w różnych aspektach ich życia podczas, gdy ich rówieśnicy faktycznie mogą zmagać się z tym obszernym problemem.

Kolejną książkę, którą chcę skończyć to "Białe kłamstwa". Jest ona na podstawie Oskara i Pani Róży, ale powiedziałabym, że we współcześniejszej i bardziej młodzieżowej wersji. Oskar i Pani Róża była utworem skierowanym do wszystkich, moja wersja dotyczy bardziej młodzieży, która niekiedy obwinia Boga o wszystkie niepowodzenia i smutki, które je spotykają.

Ostatnia książka również porusza temat poważnej choroby, ale także i miłości dwójki nastolatków, którzy zakochują się w sobie podczas wakacyjnego pobytu w sanatorium. Jeden z bohaterów mocno przeżywa całe uczucie, jednak koniec będzie okrutnym zwieńczeniem całej ich historii.

Kolejnym punktem na mojej wakacyjnej liście jest ta nieszczęsna aktywność fizyczna i mam nadzieje że wreszcie uda mi się codziennie pospacerować czy iść na basen.

A wy jakie macie plany na wakacje?

Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-06 17:42:37
O dobrym wychowaniu i szacunku do osób publicznych
Jednego chyba nigdy nie zrozumiem. Jak można nie okazywać szacunku osobom, które ciągle o tym mówią i spełniają swoje słowa?

Dzisiejszy post, będzie o tym jak nie należy zachowywać się wobec osób publicznych takich jak muzycy czy aktorzy.

Na początek chcę powiedzieć tylko tyle, że w tym poście nawiążę do zaistniałej sytuacji w Meksyku, która miała miejsce kilka dni tematu i dotyczyła mojego idola. Łatwo mnie zdenerwować, ale jeszcze łatwiej przyprawić o łzy i smutek, jeśli jest to związane z osobami, którym serio oddałabym całe swoje serce, bo są za dobre na ten świat.

Nie mogę zrozumieć osób, które doprowadzają do złego samopoczucia swojego idola, mając na sobie jego merch z napisem "Traktuj ludzi z życzliwością" - przecież to zaprzecza temu wszystkiemu i jaki w tym jest sens? Totalna hipokryzja. Najbardziej boli mnie jednak to, że byli to fani człowieka, który wielokrotnie mówi o przekazywaniu i celebrowaniu miłości, okazywaniu wzajemnej akceptacji, szacunku i to jego spotykają takie niemiłe rzeczy i to ze strony osób, które najbardziej powinny stosować się do jego słów i je wypełniać. Przepraszam bardzo, ale przegięciem jest dobijanie się do czyjegoś samochodu, wchodzenie na dach, na maskę i zakłócanie wyjazdu. Do tego dodajmy jeszcze krzyki, hałasy i blask fleszy z każdych stron.

Chcę tylko przypomnieć, że każdy muzyk, model, aktor czy inny celebryta TAKŻE JEST CZŁOWIEKIEM takim jak inne osoby i jemu także należy się normalne zachowanie ze strony innych osób.

1. Kiedy widzisz swojego ulubionego gwiazdora, podejdź normalnie i zagadaj jak tam u niego, jak się czuje i dopiero potem poproś o ewentualne zdjęcie czy autograf. NIE PRZYTULAJ lub nie zbliżaj się do niego bez jego pozwolenia, ponieważ istniej coś takiego jak przestrzeń osobista i jest ona nienaruszalną strefą KAŻDEGO CZŁOWIEKA, którą należy szanować i akceptować. Nie można robić czegoś wbrew czyjejś woli, to nieetyczne i naprawdę niekomfortowe.

2. Drugą sprawą jest nietraktowanie osób publicznych (np. modeli) jako jedynie obiekty seksualne. Mogłabym zrobić długą listę o jakie niesmaczne i niewybaczalne słowa i czyny mi chodzi, aczkolwiek odpuszczę sobie, bo można zwariować. Żaden człowiek jednak nie chce być traktowany w taki seksualny sposób, prawda? No właśnie, więc my też nie sprawiajmy, by inni się tak czuli, bo to naprawdę może kogoś przyprawić o smutek i zmniejszyć poczucie własnej wartości.

3. Kolejnym ważnym aspektem jest nieokupywanie hoteli i miejsc, w których jest nasz idol, ponieważ naprawdę ludzi nie można osaczać i sprawiać, że zamiast cieszyć się na spotkanie z wami, będzie się po prostu bał, że stratujecie go albo przez przypadek skrzywdzicie.

4. NIE WYZYWAMY - to dotyczy akurat wszystkich w naszym towarzystwie, nie tylko osób publicznych. Chyba nikt nie lubi być wyzywany od najgorszych, jeśli nie zrobi sobie z nami zdjęcia lub nie popisze nam koszulki przez brak czasu.

5.Jeśli jesteśmy już przy czasie, proszę, wykorzystujcie czas, w którym spotykacie swojego idola najlepiej jak potraficie, ale by to było obustronne i wasz ulubieniec również dobrze się przy was czuł. Jeśli mówi, że nie ma czasu i bardzo się śpieszy ODPUŚCIE i nie naciskajcie na rzeczy, które chcecie, by dla was zrobił.

6. Na koncertach zachowujcie się spokojnie, jeśli przechodzi blisko barierek. NIE KŁADŹCIE łap nie wiadomo gdzie, bo możecie go łatwo uderzyć lub zranić. Nie przytrzymujcie go również jeśli biegnie, by każdemu przybić piątki w przelocie, ponieważ jest to nieoczekiwane i możecie powalić go w ten sposób na ziemie, a to nie będzie raczej przyjemne.

7. Nie rzucajcie niczego na scenę lub w samego idola, jeśli jest to coś, co może zrobić mu krzywdę niefortunnym rzutem.

Oczywiście punktów jest więcej i dotyczą każdego z nas, nie tylko osób publicznych, na których przykładzie się wypowiadałam.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-31 21:09:12
Krótki wykład o tolerancji i wzajemnym szacunku
W końcu znalazłam czas na napisanie wpisu. Bardzo przepraszam za swoją nieobecność, ale koniec roku daje w kość a czasu ciągle brakuje. Teraz mam wolne, więc może zaszczycę was wywodem o szacunku i tolerancji.

Tolerancja, rzecz chyba mało znana u nas w Polsce. Nie powinnam mówić o ogóle, ale prawda jest taka, że większość nie akceptuje pewnych grup społecznych. Przyznajmy to sobie szczerze - świat szufladkuje innych, dzieli na coś normalnego i coś, co odbiega od normy, co z reguły w dużej mierze jest wyszydzane. Indywidualizm w kwestach ubioru często jest wyśmiewany, inna orientacja seksualna jest banowana i nieakceptowana, a osoby niepełnosprawne traktowane są jak gorszy odłamek ludzki. Także osoby o innym kolorze skóry czy skośnych oczach mogą być wyzywane i nieszanowane przez resztę populacji. Czy tak powinno to wszystko wyglądać? Odpowiedź brzmi "nie". Absolutnie nie powinno.

Jak wielki kawał czasu ludzkość walczyła o tolerancję i prawa człowieka? Jak wiele chcieliśmy dać by wyjść z epoki średniowiecza tylko po to, by do niej wracać? Nie wydaje się to wam bezsensowne, kiedy świat idzie do przodu?

Opowiem wam coś na moim przykładzie. Dużo osób z mojego otoczenia potrafi nie akceptować osób posiadających Zespół Downa lub innych osób, które są niepełnosprawne. Przepraszam bardzo, ale choroby nie wybierają i równocześnie to mogłoby spotkać także ich lub kogoś z ich najbliższych. Obrzydzenie czy brak szacunku do takiej osoby potrafi wbić mnie w ziemie. Strach, wstyd - co kieruje osobami, które odrzucają i odsuwają się od osób niepełnosprawnych?

Nie wiem jak wy, ale ja nie mam z nimi jakiegoś wielkiego problemu. Szczerze jestem neutralna w tym temacie i kiedy widzę taką osobę nie świdruję jej wzrokiem przez godzinę i nie myślę jaka ona jest biedna i że jej współczuje. Nie wiem jak wy, ale litość czy współczucie jest okropna i takie osoby na pewno w jakiś sposób to odczuwają, podczas gdy chcą być "zwykli" jak każdy z nas. Chcą być niezauważalni a nie uchodzić za mięso do rozszarpania przez ludzi. To samo tyczy się innych, nie tylko niepełnosprawnych.

Jeśli widzimy na ulicy osoby o ciemniejszej karnacji, dwóch chłopców idących za rękę, dziewczyny z tatuażami i piercingiem, dlaczego musimy zwrócić na nie uwagę? Po co wbijamy w nich wzroki pełne nienawiści i nietolerancji? Czy kiedykolwiek pomyśleliśmy jak takie osoby muszą się czuć? Ludzie mówią, że powinniśmy pokazywać siebie, szerzyć dobro i szacunek, a prawda jest taka, że zwolennicy takich rozwiązań zachowują się jak hipokryci i mieszają z błotem osoby, które jedynie chcą być sobą i czuć się z tym dobrze.

Moim zdaniem brak szacunku do bliźniego jest po prostu oznaką nieodpowiedniego wychowania. Człowiek powinien żyć wśród miłości i tolerancji, uczyć się wyrażania swojej opinii i przyjmowania cudzej jeśli nie jest ona hejtem i obrazą. Wszyscy ludzie bez wyjątków powinni być wobec siebie równi, bez względu jaki kolor skóry mają, w co wierzą, jakiej są orientacji, jak się ubierają czy na co chorują.

Człowiek jest człowiekiem, o tym należy pamiętać i ja w tej chwili zachęcam was do szerzenia tego powiedzenia. Szerzcie miłość, szacunek i pokój, ponieważ świat nie jest zły sam w sobie. Ludzie są złem i rozprzestrzeniają je, a potem pozbywają się winny, zwalając ją na inne osoby, w gruncie rzeczy nieodpowiedzialne za wyrządzone krzywdy.

- Sprowokował mnie! - krzyknie ktoś, kto przed chwilą napadł na czarnoskórego mężczyznę. Ja się pytam, rasisto, czym cię sprowokował? Kolorem skóry? Czymś co nie było jego wyborem?

Do homofoba - dlaczego wyzywasz ludzi, którzy po prostu się zakochali? Dlaczego zwracasz uwagę na to, że są sobą i się tego nie wstydzą, ponieważ to sprawia, że są szczęśliwi? Dlaczego wyzwiskami i brakiem szacunku chcesz ich wytępić? W czym oni zawinili?

Do osoby, która nie toleruje odmienności religijnej - dlaczego nie pozwolisz wierzyć ludziom w to, co chcą? Wiesz, że istnieją prywatne poglądy na dane tematy i prawdopodobnie ty też takie masz, więc dlaczego inni mają się podporządkować twoim myślom i regułom?

Do osoby która podąża za tłumem - dlaczego nie masz własnego zdania? Czego się boisz? Wyśmiania, że myślisz inaczej? Dlaczego wyśmiewasz ludzi, którzy mają własny styl i nie zwracają uwagi na trendy?

Mam jedną radę dla was wszystkich - po prostu starajcie się być neutralni do rzeczy, które wam nie odpowiadają, a naprawdę może wreszcie zagości na świecie równowaga, której każdy oczekuje, a której sam nikt nie daje. Pamiętajcie, że osoby niekiedy przez was prześladowane, żyją w strachu o dalsze jutro. Nasze serca są kruche i nie powinniśmy ich łamać dla cudzego smutku a naszej radości.

Amen.

Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-18 19:06:38
Czuć czy nie czuć - oto jest pytanie
Uczucia. Czym tak naprawdę są i po co je mamy? By czuć że żyjemy. Gdzieś kiedyś czytałam, że cierpimy i czujemy ból, by wiedzieć, że żyjemy, otóż to.

Mamy gorsze i lepsze dni, to jasne. Mamy negatywne jak i pozytywne emocje, z których zdajemy sobie sprawę. Ale wiecie, to co my czujemy w danej sytuacji nie zawsze przełoży się na drugą osobę. Każdy ma inny rozum i inaczej reaguje na dane sytuacje. Pamiętajcie, nie każdy jest wami i postępuje tak jak wy. Uczucia to odrębna kwestia każdego z nas, więc zastanówmy się dobrze zanim coś powiemy, zanim coś zrobimy wobec drugiej osoby. Czyny bolą, ale słowa zostawiają niewidzialny ślad na sercu czy duszy. Nie każdy, kto zostanie obrażony, zignoruje to czy odpysknie. Niektórzy ludzie zduszają wszystko w sobie i potem płaczą w nocy.

Porozmawiamy sobie na temat negatywnych uczuć. O czymś, co nazywamy: samotnością, bólem egzystencjalnym, beznadziejnością, smutkiem... Bo uczucia to rzecz, o których powinniśmy mówić bez względu na wszystko.

Opowiem wam historię z mojego życia, która przemawia za tym, że warto jest rozmawiać. Wiecie niby nic takiego, zwykła pogawędka, a potrafi wiele zmienić.

Miałam przyjaciółkę i, okej, zawiniłam i teraz się nie przyjaźnimy. Nawet jakoś szczególnie nie rozmawiamy, a wciąż chodzimy do tej samej klasy. Wszystko zaczęło się od tego, że chciałyśmy zjednoczyć naszą klasę, ponieważ była, delikatnie mówiąc, w ogóle niezintegrowana. Wszystko fajnie, do naszego duetu dołączyła jeszcze jedna osoba i tak planowaliśmy... Nasza przyjaźń się umacniała, ale także zaczęły się spory i kłótnie. Wszystko się zmieniło. Pozagłębiałabym się w szczegóły, ale nie mogę, więc wam tego nie powiem, ale gdybyśmy wtedy szczerze porozmawiały, może uniknęłybyśmy tego, co się wydarzyło.

Wiecie, teraz trochę się poużalam nad sobą, ale to będzie kolejna rada dla osób, które nie radzą sobie z negatywnymi uczuciami. Piszcie. Pisanie pomaga.

Kiedy straciłam przyjaciółkę, szczerze czułam się w potrzasku. To tak jakby jeden zły ruch sprawił, że tafla jeziora pękła pod ciężarem odpowiedzialności, którą macie na swoich barkach. Wiecie, że to już koniec - wpadacie do lodowatej wody. Zaczynacie się topić, wymachując ramionami i uderzając nimi o wodę, która zaczyna wlewać się do waszych płuc. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że osoba, na której wam zależy, stoi na brzegu i jedynie patrzy. Obserwuje to jak próbujecie wydostać się spod wody, ale nie pomaga wam. Nie pomaga, tylko odwraca się na pięcie i odchodzi, pozwalając, byście tonęli w odmętach smutku i beznadziejności...

Ale zawsze ktoś inny może was uratować. Ktokolwiek - przypadkowy przechodzień, gość roznoszący ulotki albo sprzedający pączki. Gorzej jeżeli w pobliżu nie ma tak naprawdę nikogo prócz osoby, która własnie znika wam z oczy - wtedy musicie liczyć na siebie...

Właśnie tak się wtedy czułam.

To takie dziwne. Siedzicie i nie wiecie, co macie robić. Myślicie, ale żadne racjonalne rozwiązanie nie przychodzi wam do głowy. Czujecie się zamknięci w potrzasku i macie wrażenie jakby każdy ruch prowadził was donikąd już na etapie, kiedy jeszcze nie ruszyliście się z miejsca. To wyczerpujące, a jednocześnie motywujące, bo chcecie chociaż spróbować naprawić, to co zniszczyliście pod wpływem chwili. Najgorsza jest jednak świadomość, że wszystko zależy od tej drugiej osoby. To ona ma wam wybaczyć - i wtedy cała wiara w naprawę sytuacji paruje z was jak woda z czajnika, przekreślając chęci na zrobienie pierwszego kroku.

Odrzucenie, ośmieszenie, a przede wszystkim wizja porażki i samotności powoduje w nas strach i obawę, że stracimy osobę, na której nam zależy. Osobę, która swoją obecnością zapełniała pustki w naszym życiu, sprawiając, że pod jakimś kątem było ono lepsze, barwniejsze...

Ludzie, którzy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji, nie zrozumieją jak bardzo mieszane uczucia ma człowiek, który stoi pomiędzy wyborem: ratować czy odpuścić? Jest on uzależniony od drugiej osoby, ponieważ nauczył się żyć z nią, a jeśli ta odejdzie będzie to równoznaczne ze śmiercią człowieka zostawionego.

Ja nie chciałam umierać w tak młodym wieku, ale prawda jest taka, że czasem sobie nie radzimy. Ja tez sobie nie radziłam przez następny rok. Byłam przybita i miałam ochotę przepisać się do innej szkoły, zmienić otoczenie, a to dlatego że straciłam ważną dla mnie osobę. I tutaj pomogła mi rozmowa. Myślałam, że już się nie podniosę, po tamtych słowach, które usłyszałam 1 kwietnia.

Tak, 1 kwietnia, ale zerwanie przyjaźni nie było żartem, chociaż chciałam, żeby było. Wiecie dlaczego mamy te negatywne emocje? Żeby uświadamiać sobie jak bardzo jesteśmy niezależni. Jak silni jesteśmy, chociaż nie mamy tamtej osoby w naszym życiu. Prawda, po tak ogromnej stracie najlepszej przyjaciółki coś się w mnie zmieniło. Definitywnie zamknęłam się w sobie i teraz czasem nie czuję się dobrze w towarzystwie najlepszych przyjaciół, którzy pomogli mi się z tego wszystkiego otrząsnąć.

W dużej mierze pisanie jest jakiegoś rodzaju terapią - spisywanie wszystkiego na papier czy internetu potrafi regenerować i ja serdecznie wam to polecam. Gdyby nie to, nie wiem, gdzie bym teraz była, co robiła...

Teraz prawdziwie czuję, że żyję i wy także żyjcie, rozmawiajcie, kochajcie... Czujcie całym sobą, płaczcie, jeśli chcecie płakać, śmiejcie się, jeśli jesteście szczęśliwi.

To pomaga. Naprawdę.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-11 15:05:17
Niebieska sala, myślenie o miłych rzeczach, czyli o wizycie w szpitalu
Jak już wspominałam w pierwszej części wpisu, 25 kwietnia miałam operację wycięcia gangliona z części przyśrodkowej stawu skokowego.

Sześć godzin przed operacją nie można pić ani jeść, więc rano od razu, bez zjedzenia śniadania, pojechaliśmy do szpitala. Oddziały jak to odziały - nie zawsze w salach są wolne łóżka, tak więc na korytarzu, czekając na wolne łóżko, spędziłam około cztery godziny.

W końcu gdzieś około piętnastej, wreszcie wylądowałam w sali numer 7, razem z innymi pięcioma, starszymi paniami, które pomimo że były bardzo miłe, to ględziły i narzekały w nieskończoność ( a w nocy okropnie chrapały!).

Nie zdążyłam jeszcze dobrze się rozgościć, kiedy przyszła do mnie pielęgniarka oddziałowa i powiedziała że mam przebrać się w piżamę. Ostatecznie skończyłam w iście różowej piżamie z kotem, którą wybrała dla mnie mama (nigdy więcej).

Niezręczne momenty chyba już za mną, czas przejść do konkretów. Kiedy byłam już tak zdesperowana, że byłabym w stanie wypić wodę z kranu, przyszła do mnie pielęgniarka (na pierwszy rzut oka wyglądała na nieprzyjemną) i co?

- Podłączamy kroplówkę - powiedziała z uśmiechem, przysuwając wózek z igłami, wenflonami i Bóg wie czym jeszcze.

Nie będę was oszukiwać, ale igły to jest coś, czego bardzo się boję, więc w tamtej chwili miałam ochotę uciec i ukryć się gdziekolwiek, byleby wenflon nie spotkał się z moją ręką.

"Punkty do doświadczenia", powtarzałam sobie cały czas i okej, pogodziłam się z losem, kiedy pielęgniarka przyglądała się mojej lewej ręce (to bardzo istotne, wenflony można mieć tylko w lewej ręce, ponieważ na bloku operacyjnym z tej strony jest miejsce na kroplówkę), szukając dogodnego miejsca do wkłucia.

Podczas mocowania wenflonu, towarzyszyła mi moja mama, która znów wkroczyła do akcji, mówiąc, żebym pomyślała o czymś miłym.

- Tak, myśl o czymś miłym: pieskach, kotkach - wtórowała jej pielęgniarka, ale moja mama jej przerwała.

- Myśl o swoim idolu - powiedziała ze śmiechem, na co sama się zaśmiałam.

Jakaś pani obok zapytała, kim jest mój idol, a moja mam udzieliła jej bardzo trafnej odpowiedzi, odpowiadając, że to mój mąż i miałam ochotę ją za to zamordować, bo co niby miałam powiedzieć? "Mojego idola prawdopodobnie interesują chłopcy, poza tym mieszka na innym kontynencie i nawet nie wie, że istnieję"? Przemilczałam temat.

Około godziny siedemnastej, dostałam takie fajne workowate, niebieskie ubranie, zostałam odłączona od kroplówki i zabrana na wózek. Jedziemy na blok operacyjny, nazywany niebieską salą - HURA. Wiecie dlaczego tak? Po prostu było tam dużo niebieskich drzwi, taki śmieszny fakt.

Zapytacie pewni, co czułam, jadąc na blok i wiedząc ze zaraz będę operowana - powiem tak, jako normalny człowiek, który pierwszy raz miał robione coś takiego, pewnie bym się bała, ale przez to, że postawiłam sobie cel - no wiecie, "punkty do doświadczenia" - to byłam bardziej podekscytowana niźli przestraszona czy zdenerwowana. Mogę nawet uznać, że bardziej bałam się wkłucia wenflonu (który swoją drogą mi ciągle przeszkadzał), niż samej operacji.

Najbardziej stresowałam się faktem, że mogli mi uciąć opaski, bo na sali operacyjnej nie można mieć ani makijażu, pomalowanych paznokci, jakiejś biżuterii (nawet bielizny, więc po to są te workowate ubrania), a moich opasek nie dało się ściągnąć, więc no. Ostatecznie nic im nie zrobili (chwała Bogu) i wciąż są tam gdzie były i powiem coś więcej - one były głównym obiektem zainteresowania wszystkich osób ze szpitala, z którymi miałam kontakt. Serio! Wypytywali mnie o koncerty, które jeszcze się nawet nie odbyły, myśląc, że na nich byłam, ha ha.

Na sali operacyjnej były zimno. Na początku zamierzono mi ciśnienie, temperaturę, podłączyli mnie do kardiograma (?) i potem, kiedy po kilkunastu minutach spóźnienia, wreszcie przyszedł lekarz, podłączyli mnie do kroplówki i podali leki przeciwbólowe.

Jeśli zastanawiacie się czy znieczulenie miejscowe boli, to nie boli, więc nie macie się czego bać.

Podczas zabiegu w tle leciała muzyka,a ja ciągle byłam przytomna i rozmawiałam sobie z panią, która doglądała moich czynności życiowych. Była bardzo miła i nawet pytała o moje książki, bo dowiedziała się, że lubię pisać.

Podczas zabiegu ciągle żartowaliśmy i śmialiśmy się, to było dosyć fajne - wiecie, żeby pacjent się nie stresował, to robi się przyjemną atmosferkę i zanim mrugniesz, już możesz wracać na sale.

Pragnę jeszcze dodać, że przed zabiegiem umyto mi okolice kostki takim pomarańczowym, dezynfekującym płynem (który zresztą po trzech tygodniach dalej nie chce się zmyć) i to było takie zimne, że jeszcze bardziej się trzęsłam.

Operacja w sumie trwała godzinę, chociaż miałam wrażenie, że to było tylko marne piętnaście minut. Cała rana została zaszyta (teraz blizna będzie mieć z cztery centymetry), a ja spędziłam na oddziale jeden dodatkowy dzień.

Po zabiegu wróciłam na łóżko, dostałam leki przeciwbólowe i moje upragnione jedzenie, o którym myślałam przez cały dzień. Obiad był całkiem dobrym, ale kolacja już niekoniecznie (podobnie śniadanie), więc nie polecam.

Pomimo tego, że po wenflonie zrobił mi się koszmarny siniak, już trzeci tydzień nie ma mnie w szkole, a ściąganie szwów wcale nie było nie wiadomo jakie straszne, cała ta przygoda ze szpitalem mi się podobała i na pewno wykorzystam to doświadczenie do książek w najbliższym czasie.

Bo wszyscy dobrze wiecie, że najlepiej pisze się z autopsji.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-06 16:46:11
Halo, pogotowie?! Mój idol dodał nowe selfie! - wycieczka karetką
Jak zapewne już wiecie od grudnia (a raczej od ponad 1,5 roku) mam problem ze stawem skokowym.

W tym poście skupię się na podróży karteką i wizycie na SORze.

Następny post będzie zawierał informacje o operacji, którą miałam 25 kwietnia. Przybliżę wam trochę obraz wycięcia gangliona ze stawu skokowego, o moim pobycie w szpitalu oraz ogólnych odczuciach i zdjęciu szwów.

Zacznijmy może od tego, że operację miałam mieć 6 czerwca, ale ze względu na to, że po przerwie wielkanocnej - najpierw kulałam, a potem chodziłam o kulach do szkoły - przesunięto termin operacji o ponad miesiąc wcześniej.

Nie mogłam chodzić, przechodziły mnie niemiłosierne bóle przy nacisku - a niekiedy nawet - bez wyraźnego ruchu. Musicie wiedzieć, że taki ganglion to nic innego jak guzek, w którym gromadzi się galaretowata substancja, przez co nerwy i żyły są uciskane i jest to dużym dyskomfortem dla posiadacza tego oto małego kolegi. Ogólnie niezagraża to życiu, jednak jest wielkim utrudnieniem i trzeba się tego pozbyć.

Gdzieś dwa tygodnie po świętach moja kostka stała się sina, spuchnięta, zimna (słabe krążenie) i ogólnie powtórzyła się sytuacja z grudnia. Moi rodzice wezwali pogotowie.

Nie będę ukrywać, że byłam naprawdę zestresowana, bo nie chciałam jechać do szpitala, jednak trafił mi się taki zespół ratowniczy, że nawet udało mi się zapomnieć o bólu.

Jeden pan z blond włosami od razu rozsiadł się przy moim biurku, zapisując różne rzeczy na mini laptopie, drugi pan (brunet) zajął się przeprowadzeniem ze mną wywiadu, a pani o imieniu Ewa (jak się później okazało) zmierzyła mi ciśnienie i temperaturę.

Zrobiło się naprawdę śmiesznie ( i trochę żałośnie), kiedy zaczeli mnie wypytywać o to, co mam na rękach. Niektórzy z was pewnie wiedzą, że istnieje coś takiego jak opaski koncertowe - ja właśnie noszę po dwie na każdej ręce i to bardzo zaciekawiło ratowników.

Wytłumaczyłam im, co jest na opaskach i nawet nie zgadniecie, co się stało. Cała trójka przytaknęła mi i powiedziała, że znają mój ulubiony zespół i że to naprawdę świetni goście, a ja wszystkich miałam ochotę normalnie wyściskać, bo, halo, oni ich znali i lubili.

Kilka minut później (byłam pewna, że normalnie wszyscy zaraz usiądziemy i pogadamy przy herbatce) zdecydowali, że musimy jechać na SOR. Zestresowałam się, bo ostatnią wizytę tam nie wspominałam zbyt dobrze i wolałam zostać w domu, jednak "PUNKTY DO DOŚWIADCZENIA", krzyczała moja głowa. Piszę przecież książki, a nigdy nie jechałam w karetce, więc to mogłoby być dobre, co nie? W końcu nie wiedziałam, jak karetka wygląda w środku i jakie są ogólne odczucia kiedy się nią jedzie, a wiadome jest, że najlepiej jest opisywać i opowiadać historie z własnych przeżyć.

Zabrano mnie na taki wózek, który był przystosowany do jazdy po schodach (bo mieszkam na pierwszym piętrze, więc no). Byłam przerażona, kiedy staneliśmy na krawędzi schodów, chociaż zabawy na najwyższych kolejkach w wesołym miasteczku nigdy nie sprawiały mi problemu.

Zjazd po schodach nie należał do najprzyjemniejszych rzeczy, bo miałam wrażenie, że mogę w każdej chwili spaść, choć byłam zapięta pasami. Nie trwało to jednak jakoś specjalnie długo, więc chwilę potem byłam już przypięta do noszy i leżałam w karetce.

Moja pierwsza myśl, kiedy tam leżałam? "Wow, jak sterylnie i czysto". Było tam naprawdę ładnie, serio.

Wraz z pierwszym warknięciem silnika, w pojeździe rozbrzmiała rockowa muzyka i byłam jak: "Co się dzieje, czy puszczą One Direction?". Niestety nie puścili nic, co należałoby do moich idoli, ale blondas, króry siedział na przednim siedzenu zaraz obok kierowcy, zaczął, ot tak, świewać "Przez twe oczy zielone", a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy moja mama wypaliła, że to moja ulubiona piosenka - ponieważ nie. NIE LUBIĘ DISCKO POLO. Obroniłam się tym, że to ulubiony kawałek mojego taty (niestety to prawda) i reszta podróży zeszła nam na rozmawianiu i śmianiu się.
Pytanie numer dwa: jak odczuwa się taką jazdę karetką? Przede wszystkim strasznie trzęsie i masz wrażenie, że zaraz wypadniesz z tych noszy i poniesiesz turbulencje, ale głośna muzyka znacznie poprawia ci humor. Ja przez cała podróż nie mogłam pozbyć się dziwnego niepokoju - nie mam żadnych problemów lokomocyjnych czy coś i myślę, że było to spowodowane tym, że jadąc, leżałam, co było dla mnie nadzwyczaj nowym doświadczeniem i dlatego byłam tak bardzo przejęta.

Po dotarciu do szpitala, przeniesiono mnie na wózek i dano opaskę z imieniem i nazwiskiem. Cały zepspół ratowniczy życzył mi powodzenia i powrótu do zdrowia, a pan z brąz-czupryną powiedział, że mam przynajmniej następną opaskę do kolekcji, więc powinnam się cieszyć.

I powiem tak - przez kilka dni w ogóle nie ściagałam jej z ręki, więc punkt dla ratownika.

Ostatecznie spędziłam w poczekalni godzinę, potem zostałam zbadana przez lekarza, moja stopa ponownie wylądowała w szynie i z receptą na zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch i silnych lekach przeciwbólowych zostałam skierowana do domu.

Szczęśliwa z tego zbytnio nie byłam, ale "punkty do doświadczenia" były najważniejsze.

Coż to by było na tyle. Wpisy dalej będą się pojawiały nieregularnie, bo na razie nie będę miała czasu na cokolwiek, pomimo że będę w domu, ale może jakoś to opanuję.

A wy? Czy ktoś z was jechał kiedyś karetką? Komuś z was też trafił się taki świetny team jak mnie?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-03 21:27:36
Smartfon a dobre maniery - opowiaska o współczesności
Kilkanaście lat temu, ludzie żyli w błogiej nieświadomości, martwiąc się o konieczności i dbając o swoje wartości. Rodzina, przyjaciele, zdrowie, natura, miłość - tak wszyscy widzieli przyszłość, nie wyobrażali sobie jej inaczej, bo po co komu sława i pieniądze, kiedy było się razem i żyło w szczęściu?

Edward pamiętał czasy, kiedy na świecie nie było jeszcze ani jednego telefonu dotykowego. Czasem siedział przy oknie, błądząc myślami o tym, jaki świat był cudowny i jak ludzie akceptowali siebie, nie starając się przypodobać wirtualnemu światu, który powoli wyniszczał ich zdrowy rozsądek.

Edward, pomimo że miał już swoje lata, trójkę dorosłych dzieci i szóstkę wnucząt, widział, jak świat nieubłagalnie staczał się na dno. Ponieważ komu potrzebny był do szczęścia niejaki smartfon?

Nigdy nie zastanawiał się nad tym, siedząc w fotelu i czytając książki, ale pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Jako człowiek starej daty, jedyną technologię jaką posiadał w swoim małym mieszkaniu był stary telewizor i radio oraz mała nokia z klapką, która towarzyszyła mu już naprawdę długi czas. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie gdy któregoś dnia wrócił zmęczony do swojego małego lokum po wiosennych porządkach na działce i zastał na kanapie córkę, jej męża oraz Filipa - ich trzynastoletniego syna.

- Siema, dziadku, jak tam życie? - przywitał się z Edwardem Filip, przybijając mu piątkę. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

Urodziny, no tak! Edward kompletnie zapomniał, że dziś kończył siedemdziesiąt sześć lat.

- Och, dziękuję,Filipku - zmieszał się, przytulając chłopca. - Luiza, córeczko, jak się macie? - zapytał zaraz, zajmując miejsce obok niej i Bruna, który był jego zięciem. - Cudownie, że postanowiliście mnie odwiedzić! Dziękuję, kochani - przytulił ich, rozklejając się, kiedy zauważył na stole tort i jakieś dziwne, płaskie urządzenie.

Filip usiadł obok niego, wyciągając z kieszeni podobną rzecz i zaczął stukać placami w jej świecącą powłokę.

- Och, a cóż to? - spytał, kiedy jego córka podniosła nowoczesny nabytek ze stołu i podała mu go do ręki.

- To, tato, jest smartfon - wyjaśniła z uśmiechem. - Pomyśleliśmy, że technologia i czasy idą do przodu i niektóre rzeczy stają się zbędne, trzeba je wówczas zastąpić nowymi, by nie zaginąć w epoce kamienia łupanego... - zaśmiała się, przelotnie patrząc na Bruna. - To nowy telefon, tato, na twoje urodziny. Czas pozbyć się twojej starej noki. Nie jest modna i w gruncie rzeczy stała się już niepotrzebna, przestarzała. Nowy telefon ci się przyda - oznajmiła z przekonaniem.

Edward spojrzał na swojego wnuka, który zdawał się być teraz kompletnie w innym świecie...

Tak, od swoich siedemdziesiątych szóstych urodzin, Edward nie mógł pojąć po co komu są potrzebne smartfony. Gardził tym małym urządzeniem z którym wiecznie miał problem. Jego stara nokia była lepsza. Tylko dzwonić się z niej dało, a tutaj, w tym smartfonie to wiele innych funkcji było i to Edwardowi przeszkadzało.

Jedną z takich funkcji było przejmowanie umysłów jego wnuków, kiedy spotykali się przy obiedzie. To było denerwujące, kiedy dzieciaki siadały przy stole i wpatrzone w ekran pochłaniały jedzenie, nawet nie patrząc gdzie kierują widelec.

- Jak leci ci w szkole, Emilko? - pytał niekiedy wnuczki, ale ta odpowiadała mową lakoniczną, nie zadając sobie trudu, by oderwać oczy od swojej małej, świecącej, wielofunkcyjnej zabawki.

"Brak manier" - myślał wtedy staruszek, gniewnym spojrzeniem, mierząc wzrokiem przeklętego smartfona.

Oglądając telewizor i nie zawracając wnuczętom głowy myślał nad koniecznością wynalezienia tych cudownych smartfonów, droższych od jego emerytury. Wynajdując coś takiego, zginęły ludzkie dusze i serca. Ludzkie wartości zanikły z dnia na dzień, a zastąpiły je jakieś chęci zaistnienia w internecie, robienie zdjęć i zdobywanie polubień na Instagramie.

Ludzie stracili umiejętność kontaktowania się twarzą w twarz - teraz robili to za pośrednictwem wiadomości, urozmaicając je selfie i emotkami wyrażającymi ich uczucia. Niekiedy rozmawiali za pośrednictwem video chatu, ponieważ stali się zbyt leniwy, by spotkać się i pójść na spacer.

Ignorancja, nieczułość, fala hejtu w internecie. Brak manier w towarzystwie, spowodowany nieprzerwanym używaniem nowoczesnej technologii, to coś co niepokoiło Edwarda za każdym razem, kiedy jego wnuczęta przychodziły do niego w odwiedziny. Coraz mniej rozmawiali, w pokoju panował tylko dźwięk chodzącego w tle telewizora. Wyjście na zewnątrz do ogródka, zabawa w berka czy w chowanego stało się problemem.

A jego dzieci coraz częściej skarżyły się na niepoprawne i złe zachowanie swoich córek i synów.

- Jest strasznie rozdrażniona, potrafi nie wychodzić z pokoju cały dzień! - mówiła o swojej córce Rozalia, zwierzając się ojcu, a on słuchał, nie chcąc oskarżać smartfonów za zachowanie swojej wnuczki.

Ponieważ prawda była taka, że używanie tych nowych zabawek, zatruwało im dzieciństwo i nikt tego nie widział. Dzieci zamykały się na świat, siedząc z telefonami przyciśniętymi do piersi przez całe dnie a nawet noce i rodzice uważali to za normalne. Coraz więcej mówiło się o związkach na odległość, które i tak padały po kilku dniach i nie były w ogóle szczere. Ludzie potrafili zerwać ze sobą przez wiadomość sms, ponieważ powiedzenie "Nie kocham cię, przepraszam" było już niemodne. Ba, Edward uważał że wręcz przeciwnie. Cóż to za maniery zrywać z dziewczyną przez smartfona? Żadne.

Pytanie Edwarda brzmiało: czy to faktycznie było normalne, że tak młodzi ludzie zamykali się na ludzi a otwierali na smartfony? Dla pokolenia X prawdopodobnie tak, ale czy koniecznie było to czymś dobrym?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-05-27 17:50:30

Autor: Agnieszka

Jakie to smutne
Zaloguj się aby komentować.
2018-04-28 15:42:41
Nauczycielem być, dzieci uczyć
Dzisiaj coś może o zawodzie nauczyciela, który jest szczególnie ważny.

Czasem aż nóż mi się otwiera w kieszeni, kiedy słyszę narzekania dorosłych, nigdy nie pracujących w szkole, na temat nauczycieli. Żadna praca nie hańbi i nie mówię, że zawód matematyka czy historyka jest lepszy niż pracownik w hucie, ale to naprawdę przykre, że niektórzy nie dostrzegają tego, jak ludzie na stanowisku pedagogów poświęcają się dla edukacji i swojej pracy.

Gdybym była nauczycielem, wychowawcą, pomimo i tak dwumiesięcznego urlopu, chciałabym więcej podczas roku szkolnego. Ten zawód może wydawać się czymś okej, ale wszystko ma swoje ciemniejsze strony, przyznajmy to sobie szczerze.

Szkoła to nie podwórko, tylko dyscyplina. Jej pracownicy nie mogą nam pozwalać na zbyt wiele, bo wejdziemy im na głowę i w końcu przestaniemy ich szanować, więc proszę, nie kwestionujmy tych wszystkich zasad czy reprymend.

Przede wszystkim powinniśmy szanować naszych nauczycieli i innych pracowników szkół. Ja na ich miejscu nie chciałabym użerać się z bandą niewychowanych dzieciaków, które próbują w każdy możliwy sposób uprzykrzyć mi życie. Powinniśmy wiedzieć, że ta praca to poświęcenie, a pedagog to człowiek, nie robot od oceniania kartkówek czy sprawdzianów. On też ma uczucia i nie wiem jak wy, ale na ich miejscu byłoby mi przykro, gdyby osoba, którą uczę, kompletnie zignorowałaby mnie na korytarzu, nie mówiąc mi dzień dobry. Może to takie małe rzeczy, ale jednak to pokazuje, jak bardzo mamy gdzieś ich pracę i poświęcenie - ich wszystkie starania.

Druga kwesta dotyczy zachowania na lekcjach. Ja rozumiem, że taka historia może nie jest szczególnie ciekawym przedmiotem, bo trzeba się uczyć tych wszystkich dat i pojęć i jeszcze Bóg wie czego, a na lekcjach to w ogóle jest nudno, choć historyk na pewno się stara, ale jego zadaniem jest właśnie nauczyć nas tego wszystkiego. Wysila się. Mówi różne rzeczy po tysiąckroć, byśmy zapamiętali: kto,co, jak i gdzie, a my po prostu jesteśmy wobec tego pobłażliwi i nie obchodzi nas to wszystko.

Kiedy siedzę na lekcjach historii i większość klasy przeszkadza, nie dość że mnie to denerwuje, to jeszcze smuci. Kto chciałby być ignorowany?

Czasem myślę, że większość jest jak:

-Puk, puk.
- Kto tam?
- Wiedza.
-Jaka wiedza?
- Ta z historii, którą powinieneś już mieć!
- Przepraszam, nie otwieram obcym.

I tak jest z każdym innym przedmiotem, nie chodzi mi jedynie o historię.

Błagam was wszystkich... Wiedza to podstawa i powinniśmy wpuścić ją do naszych głów, aby się tam zadomowiła, wszakże nie jest ona ani złodziejem, ani mordercą i nie ucierpimy przez nią a tylko pozyskamy, nie uważacie? Nauczyciele w naszym wieku też nie byli pewnie skorzy do nauki, ale jeśli nie zaczniemy uczyć się teraz to, co będzie potem, kiedy nie będziemy ogarniać chociażby podstaw? Rzucenie szkoły wcale nie będzie dobrym rozwiązaniem, powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić.

Następna kwesta dotyczy ludzi, którzy stają się wychowawcami. To nie jest tak, że oni nie wiedzą, że będę musieli liczyć się z odpowiedzialnością, jaka będzie na nich ciążyć w tym zawodzie - wręcz przeciwnie doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale mają także nadzieję, że kiedyś zostanę sowicie wynagrodzeni za swoje poświęcenie w edukację i pracę.

Kiedy dostajecie własną klasę, własny oddział pod opiekę, wiecie że zostaliście docenieni, a szef czy szefowa wam ufa. Ufają wam także rodzice, mając nadzieję, że nic złego się im dziecku w szkole nie stanie.

Dlatego musimy zrozumieć, że kiedy napsocimy, wychowawca ma prawo podnieść głos. Czy was nie denerwowaliby niegrzeczni ludzie, których nie da się znieść? Mnie tak.

Wychowawca jest gotowy na sporą ilość poświęceń dla swojej klasy, bo wie, że teraz on za nią odpowiada. Nigdy nie było tak, żeby to klasa odpowiadała za niego i dla niego się poświęcała. Nigdy nie było tak, żeby uczniowie bronili go, by udowodnić coś jemu i innym osobą. Nigdy nie było tak, żeby to klasa walczyła o jego pracę. To zazwyczaj nauczyciele walczą o lepsze stopnie z zachowania dla swoich wychowanków, próbują tłumaczyć ich wybryki, usprawiedliwiać ich nieprofesjonalne zachowanie... Tak, ponieważ to nie jest tak, że chcą karać, zamykać w kozie lub dawać dodatkowe zadania, obniżać ocenę z zachowania - to wszystko jest po to byśmy zrozumieli, że nie wszystko, co robiliśmy jest okej.

Czasem jednak przychodzi czas, kiedy zamieniacie się rolami i kiedy to wasza klasa walczy o was. I wtedy już wiecie. Wyobraźcie sobie to. Już cie, że wreszcie wynagrodzono wam cały wasz stres, nerwy, czas, który straciliście na poprawianie kartkówek, sprawdzianów, przygotowywanie tematów na kolejne lekcje. Wiecie, że wynagrodzono wam wasze starania, które włożyliście na prowadzenie godzin wychowawczych, przekazując podczas nich rzeczy, z którymi każdy człowiek powinien się liczyć i cieszycie się. Szczerze się cieszycie i jesteście dumni z tego, że choć trochę przyłożyliście się do wychowania tych młodych ludzi siedzących przed wami i że wyrosną z nich naprawdę dobrzy, kochający ludzie, którzy będą walczyć, nie tracąc nadziei.

Bo to nie jest tak, że tylko my chcemy mieć dobrego nauczyciela, wychowawcę. To działa ze wzajemnością i my także powinniśmy być dobrymi uczniami.

Pomimo wszystkich tych dobrych rzeczy, które ich spotykają (Dzień Nauczyciela, chociażby), oni i tak zastanawiają się czy faktycznie byli dobrymi nauczycielami lub wychowawcami. Czy rzeczywiście byli wystarczająco profesjonalni, żeby sobie na to wszystko zasłużyć...

Nie powinniśmy sprawiać, że pedagodzy czują się źle w swoim miejscu pracy, powinniśmy okazywać im należyty szacunek, ponieważ jak traktujecie innych, tak oni będą traktować was, a więź uczeń-nauczyciel powinien być dla was szczególnie ważny, gdyż w szkole spędzacie połowę swojego życia.

Mnie trafili się naprawdę świetni nauczyciele i niezależnie od tego czy zadają więcej zadań czy krzyczą, każdy z nich powinien być przez nas doceniony w sposób w jaki my chcieliśmy być wynagrodzeni za naszą ciężką pracę.

Pamiętajcie.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-24 20:24:10
Writer - przygoda z pisaniem i moje książki
Jak już wspominałam od zawsze coś ciągnęło mnie do języka polskiego, do pisania opowiadań. Moja wyobraźnia nie jest zbyt wybujała i specjalizuje się raczej w pisaniu realnych historii, które faktycznie kiedyś mogłyby mieć miejsce.

W tym poście opowiem wam o moim trzyletnim stażu pisarskim, który udało mi się zdobyć ciężką praca i ćwiczeniami. Przenieśmy się w świat moich prac literackich.

1. Wszystko zaczęło się gdzieś we wrześniu 2015 roku. Moja internetowa przyjaciółka zachęciła mnie do napisania romansu a nie dennych humorystycznych opowiastek, których i tak nikt nie czytał. Powiedziałam sobie: "Okej, w sumie czemu nie?" i zabrałam się za pisanie mojego pierwszego opowiadania o o moim idolu.

Romans nosił tytuł "Historia" i opowiadał o zwykłej nastolatce bez rodziców, która pewnego razu poszła z przyjaciółką na koncert znienawidzonego przez siebie zespołu. Poznała tam chłopaka o kręconych włosach i jego przyjaciół. Od razu wszystkich nie polubiła, ale miała bilety w pierwszym rzędzie, więc szkoda, żeby się zmarnowały. Koncert trwał, nagle nielubiany przez nią piosenkarz, wciąga ją na scenę, śpiewają razem a na koniec bohaterka dostaje buziaka w usta na oczach całej areny, po czym ze łzami w oczach ucieka i opuszcza miejsce show.

Już w pierwszym rozdziale było źle. W Londynie płaciło się w złotych, także...

Jak to mówią od nienawiści do miłości - zespół i główna bohaterka, zaprzyjaźniają się a lider i ona zostają super, szczęśliwą parą. Mija jakiś czas, chyba mieszkają już razem i nagle bum! Jak zwykle kiedyś muszą nadciągnąć złe rzeczy, a musicie wiedzieć, że uwielbiam zadawać moim postacią ból i rzucać im kłody pod nogi (taka ciekawostka). Bohaterowie mają wypadek, chłopak uchodzi cało z małymi zadrapaniami, natomiast dziewczyna jest w ciężkim stanie, zapada w śpiączkę i okazuje się, że jest... w ciąży! Tak - po tak ciężkim wypadku dziecko wciąż żyło i pomimo 4-miesięcznej śpiączki rozwijało się prawidłowo w brzuchu mamy, hura! Nieprawdopodobne a jednak.

Usunęłam to jakże super dzieło (wyczuwacie sarkazm?) z Wattpada, dlatego że, gdy napisałam kolejną książkę (na potrzeby konkursu do szkoły) zrozumiałam, że "Historia" jest kompletnym badziewiem pod względem stylistyki, interpunkcji, treści itd. Poza tym nie miałam na nie pomysłu. Wiedziałam tylko, jak wyglądałby ostatni rozdział i uznałam, że pisanie tego nie ma sensu.

2. Po skasowaniu niewypału, zajęłam się epistolografią - czyli pisaniem lisów. Było to w dużej mierze na podstawie wcześniejszej historii, lecz w formie listowej, gdzie bohater pisał o swoich uczuciach i życiu do zmarłej żony, która zostawiła z nim ich córeczkę. Uważam, że to jest w miarę dobre, więc leży sobie opublikowane na Wattpadzie i czeka na czytelników.

3. Moja druga (uznajmy, że trzecia), trochę lepsza książka, którą przeczytali nauczyciele nosi tytuł "Definicja Miłości", głównym bohaterem także był mój idol, tym razem w szkolnej wersji zbuntowanego nastolatka, który nie wierzył w miłość. Powtarzał klasę, wszyscy w szkole się go bali i nagle wszystko zmienia się, gdy do jego klasy dołącz nowa uczennica. Zaprzyjaźniają się i zbuntowany nastolatek podświadomie się w niej zakochuje, jednak zanim odkrywa swoje uczucia do niej, jest już za późno.

- To indywidualne uczucie - mówi, a bohater wciąż nie wierzy, że był zdolny do pokochania kogoś.

Powiem szczerze, że reszta książki jest okropnie naciągana, ponieważ okazuje się, że para postaci jest rodzeństwem i wszystko się komplikuje i uważam to za drugi niewypał w mojej karierze pisarza, o którym nie będę już strzępić języka.

4. Potem jak już kiedyś wspominałam mocno zainteresowałam się tematem emocji, psychologii i depresji. Jeden z poważniejszych projektów, w którym poruszam ważniejsze dla ludzi kwestie, powstał w tamte wakacje i jak na razie wciąż jest w realizacji. Na razie jest tylko trzynaście rozdziałów, bardzo cichych i smutnych, ale także dość emocjonalnych i takie klimaty chcę utrzymać do końca. Owiana nutką tajemnicy opowieść o chłopaku, który nie mówi, ma ataki lękowe, jest nieufny i mieszka z najlepszym przyjacielem, poznaje uroczego szatyna, z którym już na początku relacji przeżywa bliższy kontakt (pocałunek w deszczu, wiem romantycznie!) i cóż...

Dalej nie pamiętam, ale to opowieść o braku ufności, bólu, cierpieniu, nie tylko duchowym, ale i fizycznym. Wiele tajemnic i kłamstw to tylko kilka z tych rzeczy, na które trzeba się przygotować.

5. Teraz czas na coś innego, czyli na szkolne prace konkursowe, których nie znajdziecie na moim wattpadowym koncie.

a) Zacznijmy może od zadania na język polski - "Z pamiętnika dziadka Alojzego". Opowieść na podstawie drugiej części "Dziadów" Adama Miskiewicza (swoją drugą wspieram jego związek ze Słowackim), ziejąca grozą i przerażeniem historia o Ludwiku, który nie wierzył w duchy, ale uwierzył w nie po przeczytaniu kartki z pamiętnika swojego zmarłego dziadka.

Nie będę się zagłębiała w fabułę, ale zwrócę uwagę raczej na sukcesy jakie odniosło to opowiadanie, ponieważ jestem naprawdę narcystyczna osobą, jeśli chodzi o moją twórczość i chcę wam to powiedzieć.

No więc na początek - nie spodziewałam się jakichkolwiek pochwał za tę pracę, ale dostałam za nią ocenę celującą (zabrakło mi bodajże jednego przecinka, a to cud, bo moja interpunkcja... ech), cała historia została przeczytana przez nauczycielkę na forum klasy (okej, chciałam, żeby się to wydarzyło i jak pani to czytała to chciało mi się tak bardzo płakać ze szczęścia, że to aż niedorzeczne) i opowiadanie powędrowało do pokoju nauczycielskiego, gdzie wszyscy (zainteresowani) je przeczytali.

b) Druga praca była bardziej na konkurs. Miała tytuł "Gdzieś daleko stąd" i poruszyłam w niej ważną kwestię taką jak: miłość i ból po stracie dziecka. Nie pamiętam imion bohaterów, ale młode małżeństwo starało się już od dłuższego czasu o dziecko, a kiedy wreszcie im się udało i dziewczyna zaszła w ciąże, poroniła i oboje byli załamani. Żałuję, że miałam tylko 10 stron do dyspozycji, ponieważ na pewno bardziej skupiłabym się na ich uczuciach co do utraty ich maleństwa. Wreszcie po jakimś czasie bohaterka znów zaszła w ciąże i tym razem doniosła ciążę.

I ja - jak to ja - uśmierciłam dziecko, kiedy miało pięć lat. Miało glejaka mózgu i cóż, nie udało się go uratować.

Na koniec tego opowiadania rodzice dziecka dostają list z nieba, od ich syna, który pisze, że teraz jest mu lepiej i żeby za nim nigdy nie płakali, bo jeszcze zaznają szczęścia.

Jak pani z biblioteki to przeczytała, to powiedziała, że jestem okropna. Smutne (wcale nie). Lubie zabijać bohaterów, ups.

6. I teraz może przejdźmy do mojego największego sukcesu jak dotąd. Fanfik o moim ulubionym shipie, mające ponad 60 tysięcy wyświetleń, ponad 11 tysięcy gwiazdek ii ponad 6 tysięcy komentarzy... to moje największe osiągnięcie!

Może mnie skojarzycie, może nie, kiedy opowiem wam o tym jak bardzo jestem z tego dumna i dlaczego, bo... ugh. Sama uwielbiam to, co piszę. Uważam, że ten projekt wyszedł mi najlepiej pod względem dosłownie wszystkich elementów (wychodzi wciąż) i jestem naprawdę wniebowzięta tym, że pisałam je co tydzień od listopada, aż do teraz.

Historia dwóch nauczycieli, którzy wzajemnie się nie dogadują, jednak po jakimś czasie się w sobie zakochują... I zaczynają się schody.

Książka nie porusza tylko tego tematu - dyskryminacji przez orientacje w miejscu pracy - mocno skupia się także na uczuciach bohaterów na temat miłości i trudności, którym muszą stawić czuła. Do tego dochodzi powszechny problem alkoholizmu i depresji, zamknięcia się na świat i nieufności.

Drugi wątek w tej powieści porusza temat niepełnej rodziny. Uczennica jednego z bohaterów nie ma matki. Kobieta zostawiła swoją córkę ze swoim partnerem (który nie jest jej ojcem!) i nie chciała utrzymywać z nimi kontaktu. Sytuacja komplikuje się, kiedy okazuje się, że dziecko jest (ciężko) chore i matka jest zmuszona przyjechać i podpisać zgodę na leczenie.

A potem jest tylko gorzej (ale to już w drugiej część, której jeszcze nie ma).


To chyba tyle. Bardzo się cieszę, jeśli wytrwaliście do końca, ponieważ ten wpis był naprawdę długi. Przepraszam za moją narcystyczną duszę, jestem okropna.

A jak wyglądała wasza przygoda z pisaniem? Opowiedzcie coś o swoich pracach.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-20 12:42:36
Wattpad - wattpadowe perełki cz. 2
Ostatnie wpisy dodaję trochę nieregularnie, ale wiele się dzieje i to dla tego - czasem nie mam chęci, czasem czasu. Obiecuję jednak, że postaram się to jakoś opanować, a teraz czas na wcześniej obiecaną drugą cześć perełek z Wattpada.

Jedziemy!

6. Napiszę skrótem - COMMU - tak dobra KSIĄŻKA, że nie wiem czy uda mi się opisać to słowami. Do przeczytania zachęciła mnie moja przyjaciółka i aż musiałam się jej za to odwdzięczyć bo ona zawsze poleca mi dobre dzieła.

Przejdźmy zatem do rzeczy - COMMU jako cudowna zadziwiająca pełna schodów historia o pięknej szczerej i mocnej miłości bohaterów do siebie, którzy znaleźli się w nieodpowiednim czasie i miejscu. A może właśnie odpowiednim?

Na początku poznajemy studentkę, która uważa, że miłość nie istnieje. Ma ona jednak profesora literatury, który chce jej udowodnić, że ona także kogoś pokocha, a miłość warta jest każdego zachodu. Spotykają się w kawiarni i tam nauczyciel opowiada jej o swojej młodości i o tym jak poznał miłość swojego życia, choć w tamtym czasie uważał, że miłość nie jest mu potrzebna.

W czasie jego opowieści poznajemy jego przyjaciół, to czym się zajmował i jaki tryb życia prowadził póki się nie zakochał. Szkoda jednak, że jego uczucie okazało się być czysto platoniczne. A może jednak nie?

Książka opowiada o tym jak czasem trudne jest pogodzenie się z losem i swoimi uczuciami do drugiego człowieka. Wszystko wymaga czasu, także i przejście od relacji "przyjaciele" do tytułu "para". Ból, smutek i cierpienie jakie można doznać podczas odrzucenia musi być okropny, ale co jeśli tak bardzo zależy ci na tej drugiej osobie, że dajesz się zranić wiele razy? Co jeśli tamta osoba uważa że jest przeżyła miłość swojego życia i ty zasługujesz na kompletnie inna osobę niż ona?

Opowieść o wielu wyrzeczeniach, przyjaźni, tajemnicach, poświęceniach oraz miłości - to właśnie COMMU, które obowiązkowo musicie przeczytać. Piękno zamknięte w tragedii, a może właśnie niekoniecznie?

7. Ponieważ jestem zmęczony zasypianiem w samotności - było jednym z tych pierwszych, i poważniejszych fanfiction, które przeczytałam. Na początku się śmiałam z choroby jaka dopadła jednego z bohaterów - bezsenność rodzinna - co to w ogóle było i czy w ogóle istniało? Ale ta choroba była wyrokiem i po tej książce powiedziałam sobie: "Nie, nigdy więcej". Oczywiście wygląda na to, że jestem masochistką i nałogowo czytam książki ze smutnym zakończeniem, cóż...

W każdym razie jeden z bohaterów jest pisarzem i mieszka ze współlokatorem, w którym się zakochał.

Nie pamiętam tego dokładnie, ponieważ czytałam to dość dawno, ale do końca tak naprawdę byli przyjaciółmi i to chyba najbardziej bolało.

Zdrowy bohater, całkowicie zmieniło tryb swojego życia i poświęcił się opiece nad chorym przyjacielem. Oczywiście jesteśmy w świecie sławy, fleszy i wyjazdów co dobrze nie sprzyjało dla postępującej choroby pisarza - bo wiecie - bezsenność rodzinna charakteryzowała się kompletną niemożnością snu i zmęczenie powoli cię wyniszczało i zabierało twoje zdrowe zmysły tak jak było i w jego przypadku.

Bohater jednak nie poddawał się i z desperacją pisał swoje najważniejsze dzieło, które chciał skończyć przed śmiercią.

Koniec kompletnie rozwala na małe kawałeczki, że macie ochotę leżeć i płakać i tak w kółko do końca swojego życia, które straciło sens.

Płacz, ból i cierpienie jakie wyrządza odejście pisarza nie tylko jego rodzinie i przyjaciołom czy jego przyjacielowi, ale także i wam nie może równać się z tym, co dzieje się potem.

Albowiem młody pisarz , który odchodzi na zawsze pozostawia po sobie dwie rzeczy - książkę zadedykowaną swojemu przyjacielowi oraz... cząstkę siebie, która ma uchronić współlokatora przed kompletnym załamaniem się.

I to właśnie jest cudowne, pomimo tak wielkiej straty.

8. Trzynaście smutnych pożegnań - jedna z tych nowszych i naprawdę przepięknych i wartościowych, pokazująca magię przyjaźni i miłości, która nigdy nie przeminęła, i... och. Naprawdę uwielbiam to i wy też zaczniecie to wielbić po przeczytaniu.

Harry pisze swoją pierwsza książkę, można powiedzieć, że jest ona o nim i jego młodości. O młodości i przeszłości, o której nie wie jego żona oraz jego córka. Mała Charlotte (z tego co pamiętam) chce wreszcie usłyszeć przejmującą opowieści o miłości, która wyszła spod palców jej taty, Harry zaczyna więc czytać napisaną przez siebie powieść o Ludwiku i Henryku i tym co mieli.

Paczka świetnych przyjaciół, całowanie się po zjedzeniu gum mamb oraz pikniki pod gwiazdami zajadane solonymi chipsami. Własne niebo stworzone na strychu i seria bajek z Disneya oraz osoba która kocha cię całym sercem - tego wszystkiego byście zapragnęli po przeczytaniu tego, zapewniam.

Oprócz wątku młodego pisarza i jego rodziny, poznajemy także historię młodej pary która wprowadza się do pięknego domu. Dziewczyna pod nieobecność chłopaka postanawia przeszukać strych, gdzie znajduje pudełko z listami, które z niepewnością zamierza czytać.

Osoba, która napisała listy prosi w nich o pomoc o odnalezienie miłości swojego życia.

Ale czy nie jest już na to trochę za późno?

Fanfiction, które utrzyma was w niepewności i napięciu do samego końca, przyrzekam. Nie pożałujecie.

9. Krótka opowieść o małżeństwie z dwójką dzieci, gdzie jeden z bohaterów traci pamięć i nie pamięta niczego co zdarzyło się przeszło siedem lat temu. Nie pamięta swoich dzieci, nie pamięta osoby, z którą wziął ślub...

Siedem pięknych rozdziałów o trudach i wyborach w małżeństwie, w którym jedna strona zakochuje się w drugiej od nowa i musi przywyknąć do tego, że jest ojcem, mężem... Jego druga połówka przypomina mu co działo się przez ostatnie lata, co robili, kim kto jest i wciąż nie traci nadziei, że pamięć ukochanego wróci.

Pomimo kilku zmian jakie zachodzą w ich życiu, wszystko udaje się odbudować na nowo, czy to nie jest piękne?

10. Twój Anioł Stróż - tytuł mówi sam za siebie, chyba nie muszę mówić, że to piękna książka?

Bohater ma chłoniaka i niestety nie ma dla niego szans. Pomimo swoich uczuć nie chce dopuścić do siebie poznanego nowego przyjaciela, który także się w nim zakochał. Wiecie, miłość do osoby, która za niedługo ma nas opuścić - o tym jest to fanfiction i pokazuje jak trudne może być zmierzenie się z okrutna prawdą.

Przejdę od razu do zakończenia, ponieważ nie pamiętam tego zbyt dobrze (definitywnie przeczytam to jeszcze raz) najbardziej łamiące są sceny, kiedy zakochany w chorym dowiaduje się ze nie ma dla niego ratunku.

Scena; w której chory na chłoniaka chłopak mówi, że nie boi się śmierci, a potem pyta: "Pomodlisz się ze mną?", scena; w której mówi, że nie chce się z nim żegnać, więc powie "do zobaczenia", ponieważ na pewno się jeszcze spotkają, jak nie tu to gdzieś daleko stąd i scena; gdzie nieszczęśliwie zakochany bohater po śmierci swojego ukochanego czyta jego pamiętnik, spacerując i podziwiając gwiazdy (jeśli dobrze pamiętam)... To naprawdę zasługuje na wszystkie nagrody literackie jakie są i ja osobiście je przyznaje tej jakże urokliwej, wzruszającej książce, którą macie przeczytać.

Wattpad potrafi mieć swoje perełki, które wam serdecznie polecam całym sercem.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-04-22 21:39:52

Autor: Konto usunięte

Hejka, uwielbiam czytać twojego bloga!! Jest najlepszy!! Mam takie pytanko, podasz mi nazwę swojego konta na wattpad??
Data: 2018-04-24 09:33:22

Autor: piórkiem_po_słowach

Cześć, jest mi brdzo miło, że tak uważasz. Co do wattpada, chętnie podałabym Ci nazwę mojego konta, ale musiałabym to zrobić przez inny serwis społecznościowy a nie tutaj, ponieważ chcę zachować anonimowość w tej kwesti. All the love! xx
Zaloguj się aby komentować.
2018-04-15 19:33:48
Wattpad - skarbnica książek?
Dzisiaj poruszę dość kontrowersyjny temat dla osób, które znają serwis taki jak Wattpad.

Wiele z was może nie wiedzieć co to za aplikacja, więc już spieszę z wyjaśnieniami. Wattpad to serwis społecznościowy, dzięki któremu możemy pisać jak i czytać prace innych. Na Wattpadzie znajdziecie wszystko - nie żartuję. Można powiedzieć, że ta aplikacja ma jasne jak i ciemne strony, zależy co chcemy przeczytać i czy mamy jakieś poważniejsze plany związane z naszym pisaniem (jak w moim przypadku) lub czytaniem (jeśli szukacie czegoś konkretnego).

Zdania na temat tego serwisu są ostro podzielone, ponieważ większość prac tworzona tam, jest raczej... zła. Zła pod względem treści, zła zważając na styl, błedy. Oczywiście strona jest dla wszystkich w każdym przedziale wiekowym i może to właśnie jest błąd? Czasami prace, które są tam umieszczane przez tzw. aŁtoreczki mocno ranią duszę kogoś, kto naprawdę stara się napisać coś dobrego.

Pytanie brzmi - czy na wattpadzie można znaleźć prawdziwą, dobrą książkę?

Ja swoją przygodę z Wattapdem zaczęłam trzy lata temu. Można powiedzieć, że na początku też byłam jedną z aŁtoreczek, ale szybko się ogarnęłam i zaczęłam tworzyć coś, co chciałabym przekazać ludziom, coś co miało być dobre.

Pierwszą książkę napisałam najpierw do szkoły na konkurs literacki. Po wydrukowaniu wyszło jakieś sześćdziesiąt stron, więc potem przekopiowałam to na Wattpada. To była jedna z tych pierwszych, poważniejszych prac należących do mnie (jak na moje amatorskie pisarstwo). Napisana trzy lata temu, jest niedopracowana i niepopularna. Zawiera wiele luk i niedociągnięć, ale od czegoś trzeba było zacząć, więc zostawiona w takim stanie leży i zaśmieca mój profil, przypominając mi, że nie od razu byłam kimś, kto tworzy cuda.

Obecnie piszę książkę (fanfiction) o moich idolach. To jest jeden z poważniejszych i ważniejszych projektów, na których się skupiam od listopada tamtego roku. Rozdziały wstawiam co tydzień, pisząc na bieżąco od 1000 do 2000 a nawet 3000 (zdażyło się także 4000) słów, co jest równe około 7-11 stron A4.

Wiem, że gatunek fanfiction z góry skazje mnie na tytuł aŁtoreczki, ale czasem nie możemy wrzucać wszystkich do jednego worka. Niektórzy ludzie (w tym ja) chcą przekazać bardzo dużo w swoich pracach, a pisanie o idolach po prostu sprawia, że przyjemniej im się to robi. Wiecie ile prac na polski napisałam, pisząc o moim shipie, a potem zmieniając po prostu imiona i wiecie ile z nich było dobrych? Masa - jeśli mogę tak powiedzieć, bo opowiadań piszemy naprawdę mało.

Nie będę skupiać się na moich pracach, ponieważ na to mam zaplanowany inny wpis. Ten chciałabym poświęcić na autorki z prawdziwego zdarzenia, które wybiły się na tej aplikacji a ich książki zagościły w księgarni oraz na pisarkach, którym udało się stworzyć prawdziwe perełki.

1. Może najpierw coś, co budzi wiele głosów za i przeciw - Anna Todd, autorka serii "AFTER", popularnego fanfiction o Harrym Stylesie, które zdobyło ponad miliard fanów jak i wielu wrogów.

Cała seria niesamowicie mi się spodobała, przeczytałam ją w mgnieniu oka, bo relacja między Hardinem a Tessą naprawdę mnie wciągnęła. Bad boy i grzeczna dziewczynka? To takie przereklamowane, jednak dla mnie było to coś zupłnie... świeżego? Wiadome, że nie każdy lubi takie rodzaje romansu, ale tutaj wszystkie rzeczy jakie mogą się zdarzyć w tworzonej relacji są uwzglednione i dobrze napisane, i warte uwagi.

Całość dostępna w księgarniach, więc polecam. Na pewno we wakacje przeczytam to jeszcze raz.

2. Fanfiction o Niallu Horanie, przetłumaczone na język polski i mające ponad milion wyświetleń, także jest jednym z tych o badboyu i grzecznej dziewczynce jednak... fabuła potrafi zaskoczyć. Wszystko, co się dzieje jest... porywające, ciekawe i prawdziwe - grupa przyjacioł, wakacje, podróże, miłość... W drugiej części więcej komplikacji, zazdrość, kłótnie, problemy.

Fanfiction warte przeczytania. Wszyscy się tym zachwycają, ja zresztą też, chociaż osobiście nie sądzę, żebym przeczytała to kolejny raz. Czułam tę magię, ale wiecie, jestem trochę przesiąknięta przez fanfictions o moim ulubionym shipie i źle było mi wrócić do czegoś z relacją chłopak-dziewczyna.

Wydaje mi się, że autorka jest w trakcie wydawania tej książki, więc czekam z niecierpliwością. Jeśli się uda, kupię to i przeczytam jeszcze raz, tym razem w wersji papierowej.

3. "365 dni. Zobaczymy się znów" - KOCHAM CAŁYM SERCEM. Wydana dość niedawno, opowiada o romansie studentki z profesorem. Było to fanfiction o Louisie Tomlinsonie na Wattpadzie i naprawdę... Przysięgam, że od setnej strony ryczałam jak bóbr, a cała książka jest tak wartościowa i zaskakująca, że wręcz musiałam napisać do autorki i osobiście jej podziękować za stworzenie czegoś takiego, co rusza duszę. Tekst silnie nawiązuje do przemyśleń na temat Boga i aż miałam wyrzuty sumienia, i chciałam iść się wyspowiadać po przeczytaniu do końca, tak jak miałam w przypadku, kiedy oglądałam "Chatę" (polecam, piękny film!).

Całość, powiedziałabym, delikatna, świeża, wyłamująca się z typowych romasów jednym szczegółem, o którym wam oczywiście nie powiem, bo zepsułabym wam niespodziankę. Książka dostępna w sprzedarzy, więc zapraszam do czytania!

Teraz przenosimy się do fanfictions o moim ulubionym shipie, które są warte uwagi i przeczytania. I niech żałują ci, którzy nie czytają takich rzeczy jak ja.

4. Like Lillies - główny bohater jest niewidomy. Drugi boahter jest lekkoduchem. Poznają się.... Już płaczę, myśląc o tej pięknej opowieści, przepraszam.

Czytając to poczujecie niesamowitą złość na niesprawiedliwość losu, ale zaraz zdacie sobie sprawę, że wszystko nie dzieje się bez przyczyny. Niewidomy bohater pokaże wam wartości które powinniście doceniać bezwzględu na wszystko... Najgorsze jest to, że lekkoduch zakochuje się w niewidomym chłopaku, a ten ma przed nim tajemnice, które okazują się na końcu łamiące i rozrywające. To, co dzieje się na końcu jest po prostu okrutne i jedna paczka chusteczek wam nie wystarczy.

Płakałam na tym, ponieważ uważam to za naprawdę cudowną książkę ( na miarę "Oskara i Pani Róży", bym powiedziała), opowiadającą o tym, jak TRZEBA doceniać życie, nawet jeśli dzieje się z nami coś złego. Każdy powinnien zwrócić uwagę na to dzieło, bo jest naprawdę perełką, którą polecam całym sercem.

5. Young & Beautiful - czytałam bardzo długo, ponieważ to jedna z książek, która moncno skupia się na uczuciach i przeżyciach bohaterów, a konkretnie jednego, z którego perspektywy opisywane są wydarzenie (znaczy, narracja jest trzecioosobowa, ale opisuje jakby tylko stronnictwo jednej postaci).

Bohater idzie na studia do prestiżowej szkoły, ma nieznośnego współlokatora oraz poznaje trójkę innych bohaterów - dobrze uczących się, wyrafinowanych, ale imprezowiczów.

Wśród trójki jest jeden chłopak, w którym główny bohater się zakochuje - oczywiście nie od pierwszego wejrzenia, wszystko jest opisywane przez krok po kroku i sama postać dopiero dochodzi do wnisku, że kogoś pokochała. Jednak nowy znajomy okazuje się mieć dużo tajemnic i cóż... tak się składa, że niedopuszcza do siebie nikogo i dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów dzieje się coś, co jest wręcz przerażające, niewyobrażalne, ale dobre dla relacji boahterów. (COŚ CO POZBAWIŁO MNIE TCHU).

Nie zdradzę więcej, sami musicie to przeczytać. Bardzo wartościowe, zwracające uwagę na dość istotne sprawy w dzisiejszych czasach - po prostu cudo.

Przeczytam na pewno jeszcze raz, tym razem dokładniej, bo czuję, że do tego fanfiction trzeba po prostu dorosnąć - uznać, że jest się gotowym, ponieważ w niektórych miejscach jest niezrozumiałe i trzeba poznać je od drugiej strony.


Przepraszam za wszystkie błędy i brak składni w tym wpisie, ale kiedy piszę o czymś, co kocham, tracę umiejętność składnego układania zdań i mam ochotę pisać caps lockiem. To nie koniec perełek z Wattapda, o których chcę wam opowiedzieć. Myślę, że zrobię jeszczę drugą część do tego wpisu!

Jesteście fanami Wattpada? Też używacie go do wybicia się? Macie tam dzieła godne polecenie i uznania za KSIĄŻKĘ a nie denną imitację aŁtoreczek?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-12 14:28:04
Następna strona - szkoła, studia, przyszłość
Gimnazjum to fajny okres w życiu. To nasze najlepsze lata, które powinniśmy spędzić na luzie z przyjaciółmi, a stres przed życiem powinniśmy odłożyć na bok, ale... No właśnie, jest jedno duże "ale".

Nauka = brak czasu.
Brak czasu = ciągła praca.
Ambicje = dobre oceny = stres.
Gimnazjum, potem szkoła średnia, może studia, praca = dorosłe życie...

Opowiem wam trochę jak to jest z tym gimnazjum, moimi planami na dalszą naukę i przyszłość.

Jak już mówiłam gimnazjum jest fajnym okresem, ale na pozór nie takim łatwym i beztroskim dla kogoś, kto chce mieć po prostu dobre oceny, a potem napisać egzaminy gimnazjalne na więcej niż 75%. Gimnazjum jest walką o przetrwanie, jesteśmy na takim pograniczu między dzieciństwem a startem w dorosłość, samodzielność. Na tym etapie nauki albo zmieniamy się na lepsze, albo na gorsze. Trudno jest wciąż pozostać tym samym człowiekiem, którym było się w podstawówce.

Dzisiejsze czasy mają to do siebie, że większość ludzi pozostaje w strefie technologi i internetu, przez co czasem trudno znaleźć ambitne, nieleniwe osoby starające się o wiedzę i oceny. Ktoś powie, że oceny nie są ważne i ja prawdopodobnie mu przytaknę, ale tak się składa, że te małe nic nieznaczące cyfry są wyznacznikiem naszych możliwości, starań. Uczeń, który jest potwornym leserem i który nie poświęci choć trochę czasu na nauczenie się jakiegoś tematu, którego nie umie, nie ma szans na piątkę, co jest równoznaczne z tym, że całkowicie mu nie zależy. Nie chcę twierdzić, że osoby mające złe oceny, są głupie lub niewarte uwagi, ale prawda jest taka, że w gimnazjum, w poszczególnych klasach znajdziemy podziały na osoby uczące się i te niezaglądające do książek.

Wiecie czasem załamuję się, kiedy ktoś nie wie, czym jest rzeczownik, czasownik czy przymiotnik...

No i właśnie, teraz ktoś powie, że to i tak nie jest nam potrzebne, jeśli nie chcemy zostać polonistami. Tak samo jak nie potrzebna nam jest wiedza z biologii, jeśli nie chcemy iść na medycynę.

Zdania są podzielone i ja nie będę wyrażała opinii na ten temat w bardziej dosadny sposób, w jaki zrobiłam to kilka akapitów wcześniej. Każdy ma inny stosunek do nauki i niech tak pozostanie. Jeśli jeden chce uczyć się tylko tego, co go interesuje, będzie to w porządku. Jeśli drugi zostanie artystą i uważa, że nie potrzebna mu fizyka, to także jego sprawa i niech się skupia na swoich umiejętnościach i rozwija swój talent.

Są osoby, które wiedzą, że czegoś nie będą potrzebowali za kilka lat, ale uczą się tego i chcą mieć z tego dobre oceny. Ja należę do takich osób, więc trochę zagłębimy się jak wygląda to na co dzień.

W podstawówce byłam raczej dobrą uczennicą, ale mniej mnie to obchodziło. Nie przejmowałam się ocenami i nie byłam jakoś super uzdolniona w danych przedmiotach. Czasem trafiały się trójki, dwójki, ale ich nie poprawiałam, bo po co. I tak każdy rok kończyłam ze świadectwem z czerwonym paskiem.

W gimnazjum dużo się zmieniło. Wiedza, nauka stały się dla mnie bardziej wartościowe i chciałam się uczyć. Rozumiecie? Chciałam się uczyć. To śmieszne, bo niektórym może wydawać się, że takiego zdania nie ma. Kto zdrowy psychicznie na zmysłach, tak mówi? Musicie wiedzieć, że jestem dość skomplikowaną i szaloną osobą, więc może faktycznie moje zmysły nie pracują dobrze, jednak tutaj większą rolę odegrały... moje koleżanki z klasy.

Kiedy dwie najlepsze uczennice z podstawówki, które chodziły do równoległych klas, nagle zaczynają chodzić z tobą do klasy, możesz je albo lubić, albo nienawidzić. W moim przypadku one, ja i dwie inne osoby tworzymy zgraną paczkę przyjaciółek, więc nie mamy ze sobą złych relacji (z czego się ogromnie cieszę).

Na koniec 6 klasy obiecałam sobie, że będę kiedyś tak dobra jak one, że będę miała praktycznie same szóstki na świadectwie, piękną średnią... U mnie, na moją chęć do nauki wpłynęła zdrowa rywalizacja i chęć bycia lepszą ( i perspektywa, że osoby ze średnią 5.0 i wyżej dostają nagrody książkowe). Słowo "rywalizacja" nie jest użyte oczywiście w złym kontekście. Nie podkładamy sobie kłód pod nogi, czy nie dzielimy swoimi spostrzeżeniami jak trzeba zrobić dane zadanie. Dzielimy się i pomagamy sobie, tworząc silną grupkę, która podnosi średnią naszej klasy. Nasza grupa jest najlepsza - nie żadna z nas osobno lepsza od drugiej.

Mimo to że jestem "kujonką" moje oceny dalej nie są jakoś szczególnie ważne, staram się trzymać je na odpowiednim stopniu, ale dlatego, że ładniej wyglądają 6 i 5 niż 1 i 2. Kiedy trafi mi się gorsza ocena nie płacze, tylko czasem jestem zła na siebie, bo mogłam się lepiej danego tematu nauczyć. Zawsze mam tak z historii, kiedy brakuje mi jednego punktu do wyższej oceny. ZAWSZE. Rozumiecie mój ból?

W każdym razie, do czego zmierzam (bo znów odbiegłam od tematu), w gimnazjum na sam początek dostajecie wiele ankiet o tematyce zawodowej. Na tym etapie życia ludzie już wymagają, żebyście wiedzieli kim chcecie być, jakbyście już o tym myśleli... Przechodząc do kolejnego punktu tytułu wpisu, po gimnazjum zamierzam iść do liceum i jak na razie - zaskoczę was - jestem jedną z tych osób, które pomimo dobrych wyników w nauce, nie wiedzą, co chcą robić w życiu. Nie wiem nie myślę o tym. Nie wybrałam nawet jeszcze liceum, a za dwa miesiące kończę drugą klasę gimnazjum. Wiem tylko, że chcę iść na profil humanistyczny, ale w moim życiu tyle osób ma wpływ na moje decyzje, że już sama nie wiem czy ten kierunek będzie dla mnie odpowiedni.

Bo analizując to na jakie studia chciałabym iść, wszystko co bym wybrała jest beznadziejne.

Chcąc iść na studia psychologiczne, nie myślałam nawet o tym że będę pomagać LUDZIOM, rozmawiać z nimi mieć, z nimi kontakt na co dzień (a jestem typem introwertyka). Byłam raczej zapatrzona bardziej w koncepcję, że dowiem się dużo ciekawych rzeczy, ale to jedynie moje zainteresowania a nie coś co chciałabym rzeczywiście robić.

Filologia polska - żeby lepiej pisać i kształcić się pod tym względem, ale po co skoro nie chcę zostać nauczycielką?

Studia filozoficzne, bo w pisaniu wywodów na dane tematy jestem dość dobra, ale czy utrzymam się z tego?

Moi rodzice są za studiami informatycznymi, ale jestem humanistką i weź sobie radź na profilu mat-inf-fiz. Albo bym się umęczyła, albo umarła już na pierwszym roku. Chociaż muszę wam powiedzieć, że widziałabym się w tym zawodzie, a poza tym byłabym w stanie to robić. Plus można się z tego utrzymać, czyż nie? A ja mam w planach, jeżdżenie na koncerty, wyprowadzkę za granicę, kupienie małego domku, którego elewację pomaluję w kolorach tęczy a wewnątrz mojego miejsca zamieszkania znajdą się zdjęcia moich idoli, plakaty, cytaty, wielka biblioteczka z książkami, płyty, albumy, a zamiast dywanów będą wszędzie leżały koce i...! Mówiłam, że jestem obłąkana? W każdym razie, tak, pieniądze będą mi potrzebne.

Ale najbardziej widzę się w wydawnictwie. Praca monotonna, ale spokojna... Ale to nierealne, czasem trzeba oddzielać świat fikcji, zainteresowań, hobby i przyjemności od realnego życia. Mogłabym zostać pisarką, ale żeby coś wydać, trzeba znaleźć odbiorców i pieniądze. Nie zawsze osiąga się sukcesy w tej dziedzinie i tak naprawdę to bardzo niepewna posada, więc o czym ja mówię, kiedy chcę mieć rodzinę, dzieci i dom...

A jakie wy macie plany na swoje życie? Czy dla was nauka jest ważna?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-08 12:51:27
English, Français - co czuję do języków obcych?
Jak już mówiłam we wcześniejszym wpisie, ten post będzie o językach obcych, których aktualnie się uczę. Opowiem wam także, co myślę na temat trzech bonusowych języków, z którymi miałam styczność.

Na pierwszy ogień - moja historia z językiem angielskim. Jak wiecie język ten jest dość powszechny, wszędzie możecie się dzięki niemu dogadać. Gdy byłam młodsza, nie przywiązywałam do niego jakiejś większej wagi, ale teraz nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłabym żyć, nie znając chociażby podstaw.

W podstawówce, dokładnie w pierwszych trzech klasach, język angielski po prostu mnie zniechęcał, wszystkich słówek było za dużo, a ja w tamtym czasie byłam zbyt leniwa, żeby porządnie się ich uczyć, jednak mimo to miałam z niego dobre oceny: czwórki lub piątki. Czasem zdarzało się coś niżej lub wyżej, ale przecież to naturalne, szczególnie w pierwszych latach nauki, kiedy przychodzisz i jedyne co umiesz, to liczyć po angielsku do 10.

W każdym razie w 5 i 6 klasie szło mi naprawdę gorzej, ponieważ mieliśmy inną nauczycielkę, której swoją drogą nie lubiłam. Dostawałam o wiele niższe oceny, a o piątce nie było mowy. W 4 klasie chodziłam na dodatkowe lekcje, ale po paru razach się z nich wypisałam, ponieważ w szkole szło mi o wiele lepiej niż na nich.

Teraz znów mamy inna nauczycielkę, o której wspominałam w wpisie "ABC...Nauczyciele". Bardzo ją lubię, jest świetna. Z Angielskiego spokojnie wyciągam na 5 i myślę, że nigdy by mi się to tak naprawdę nie udało, gdybym nie zainteresowała się światem gwiazd i nie poznała moich idoli.

Angielski, rozumieć - rozumiem. Gramatyka i pisanie jest okej, gorzej jest u mnie z mówieniem. Mam dziwną blokadę, którą trudno mi zwalczyć, chociaż wcale nie krępuję się śpiewać (fałszować) do albumów moich ulubionych piosenkarzy.

Większą łatwość w mówieniu mam raczej na lekcjach francuskiego. Z łatwością mogę wskazać komuś drogę, lub zarezerwować hotel na wakacje, czego za Chiny nie zrobiłabym, mówiąc po angielsku, pomimo że uczę się go już prawie 8 lat. Nie wiem, myślę, że jest to też dlatego, że na francuskim jest tylko sześć osób i mamy coś takiego jak konwersatoria. Takiego urozmaicenia lekcje angielskiego nie posiadają i to pewnie błąd.

Francuskiego uczę się od 1,5 roku, mam 5 i 6 bez większego wysiłku, ponieważ łatwo wchodzi do głowy, chociaż trzeba przy nim siąść i się postarać. Francuski jest naprawdę pięknym językiem i powiem wam ciekawostkę: chyba nigdy nie wybrałabym tego języka (chociaż ktoś zrobił to za mnie), gdyby nie to, że mój idol go umie, naprawdę.

Zresztą miałam do wyboru to albo niemiecki, a ponieważ niemieckiego kompletnie nie trawię, bo jest językiem ostrym, szorstkim i twardym, wybrałam delikatny francuski i szczerze to nie żałuję.

Jednakże gdyby w mojej szkole wykładali hiszpański, bez dwóch zdań wybrałabym właśnie ten język. Hiszpański wydaje mi się wręcz idealny, pod każdym względem. Brzmi dobrze w piosenkach, wyznaniach i wydaje się nie być taki trudny.

Fun fact: Kiedyś uczyłam się tureckiego na własną rękę, ale nic z tego nie wyszło i w konsekwencji umiem powiedzieć tylko "Dzień dobry" czy "Dziękuję".

A wy jakie języki umiecie, lub chcecie się ich nauczyć?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-06 15:10:43
Język polski - trudna rzecz
Pomimo że jestem osobą, której lepiej idą przedmioty językowe, poszłam do klasy o profilu matematyczno-przyrodniczym. Oczywiście nie mówię, że z każdego języka jakiego się uczę mam najwyższe oceny, chodzi mi bardziej o to, że nie trafiają mi się trójki (jak z matematyki) i piętek jest więcej niż czwórek. Szóstki także się zdarzają.

Lubię języki obce, ale nienawidzę się ich uczyć. Lubię język polski, ale nie lubię wszystkiego, co polskie (filmy, muzyka). Opowiem wam o moich przemyśleniach na temat trzech języków, których aktualnie się uczę w gimnazjum (wpis będzie podzielony, kolejny będzie o językach obcych).

Jak pewnie przewidzieliście, na pierwszy ogień idzie nasz ojczysty język polski.

W podstawówce, w klasach od jeden do trzy, każdy z nas miał zeszyty do ćwiczenia pisma, wiecie, różne szlaczki, liter, małe lub duże i jakieś słowa do poprawiania długopisem. Szczerze nienawidziłam tego zeszytu i każde zadania domowe, które miałam w nim odrobić było po prostu katorgą. Czytać w sumie też nie lubiłam, szczególnie na głos podczas lekcji, bo zawsze stresowałam się, że przeczytam coś źle i inni będą się śmiać, jednak nie chodziło tutaj o to, że nie umiałam czytać wystarczająco dobrze - nie składałam liter i
nie sylabizowałam (będąc w trzeciej klasie podstawówki). W tamtym czasie okazało się, że mam wadę wzroku i to dość dużą, literki w książce mieszały mi się, a każde przeniesienie słowa do nowej linijki sprawiało, że gubiłam się w tym, co czytałam.

Cóż początki zawsze są ciężkie, ale z polskiego miałam raczej dobre oceny. Okej, przyznam wam się, że najgorzej szła mi zawsze ortografia i taka trójka czy dwójka czasem się trafiała.

W klasach od 4-6 przybyły nam nowe przedmioty, takie jak na przykład historia. Nie lubiłam jej bardzo, ale z perspektywy czasu, myślę że było to spowodowane przez nauczyciela, który wykładał ten przedmiot. Robił to w nieciekawy i nudny sposób, co już na wstępie w czwartej klasy trochę mnie zniechęciło. Przez resztę podstawówki (nie licząc 6 klasy) z historii miałam czwórki na koniec roku, z polskiego udawało mi się wyciągać na pięć. Jako ciekawostkę dodam, że polskiego uczyła nas nasza wychowawczyni i pomimo że była zabawną osobą, jakoś nie czułam się dobrze na jej lekcjach, chociaż sam przedmiot w głębi duszy bardzo lubiłam. Do końca podstawówki trudno było mi dostać z dyktand jakąkolwiek piątkę - nie wiem, w tamtym okresie to było prawdziwym wyzwaniem. Ale zaraz, zaraz! W piątej i szóstej klasie lubiłam pisać opowiadania, pomimo że zazwyczaj dostawałam z nich czwórki. Ze śmiechem wspominam moje opowiadanie o przyjaźni chłopca i wilka, kończące się sad endem, które zajęło aż dwanaście stron (oczywiście A5), podczas gdy inni ograniczyli się do pięciu stron lub nawet do dwóch. Jedynym plusem tego, że moje opowiadanie było długie, było to, że błędów na tle całego tekstu, nie wydawało się być aż tak wiele, wiec dostałam ocenę -5.

W każdym razie, chciałam wam pokazać, że język polski nie zawsze szedł mi dobrze. Moja ortografia, interpunkcja, stylistyka i poprawność językowa pozostawiały wiele do życzenia, jednak to się zmieniło, kiedy poznałam Kasię, o której wspominałam wam w wpisie o internetowych przyjaźniach. To ona pokazała mi świat muzyki, przez nią poznałam mój ulubiony zespół, a co za tym idzie zaczęłam pisać pierwsze opowiadanie z gatunku fanfiction. Wcześniej pisałam tylko parodie o serialu "Wspaniałe Stulecie", a Kasia w pewnym momencie powiedziała: "Hej, masz to coś! Powinnaś napisać coś normalnego. Może romans?" i w ten sposób zabrałam się za pisanie pierwszego fanfiction o moim idolu. Zanim zacznę opowiadać o tym jak szło mi pisanie i jak wyglądały moje projekty, od razu powiem, że to jest temat na odrębny wpis, więc teraz jedynie o tym wspomnę.

Pisanie bardzo mi się spodobało, a przez mój historyczny serial polubiłam czytanie książek (bo, tak, nigdy tego nie lubiłam, chociaż w podstawówce przeczytałam całą serię "Koszmarny Karolek" i "Wampirek"). Pisanie bardzo pomogło poprawić moje oceny z języka polskiego. Nie uwierzylibyście jak dobra jest teraz moja ortografia i inne rzeczy, nie licząc interpunkcji - znikające przecinki to coś, co wciąż się zdarza, ale naprawdę rzadko i wierzę, że z upływem następnych lat, uda mi się nad nimi zapanować.

W każdym razie, pomimo że potrafię pisać, w tym półroczu nałapałam dużo czwórek. Sprawdziany czy kartkówki zawsze szły mi nijako (niestety) i chyba jest to spowodowane moim brakiem umiejętności czytania ze zrozumieniem. W ostatniej kartkówce straciłam aż siedem punktów przez to, że nie zwróciłam uwagi na polecenie i zrobiłam je tylko w połowie. Dużo ocen "dobrych" zdobyłam też przy "Zemście", beznadzieja. Czekam tylko aż pani zada nam na zadanie domowe napisanie opowiadania. Musze podciągnąć ocenę...

Ale próbne egzamin napisała nawet dobrze - 84% - bez żadnych przygotowań. ( Z matematyki miałam jednak 2% więcej co rani moją humanistyczną duszę).

Cóż, o języku polskim tyle na dziś. Morał z tego wszystkiego jest jednak taki - jeśli chcecie mieć dobre oceny z polskiego, piszcie i czytajcie książki. (Oraz czytajcie ze zrozumieniem).

A wy co myślicie o naszym języku? Lubicie go?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-04-03 18:05:25
Krótki wykład o miłości
Czasem jestem wręcz zdziwiona tym, jak potrafię pisać o miłości. Uczucie całkiem mi nieznane, ale jeśli o nie chodzi, znajomi ustawiają się do mnie w kolejce po rady w tym temacie. Oczywiście - cieszę się, że niektórzy ufają mi na tyle, by zwierzać się mi o swoich problemach, ale czy to nie jest ironiczne? A może wręcz normalne?

Osoba nigdy nie będąca w związku ma jasny umysł i potrafi obiektywnie ocenić sytuację, kogoś, kto prosi o pomoc. Może ludzie, którzy mają problemy lub jakieś wątpliwości w swojej relacji z drugą połówką, dlatego często zwracają się do osób bez doświadczenia i życia miłosnego, by te nie wzorowały się w żaden sposób na własnych relacjach w związku. Czy to dobre zagranie? Tak i nie, moim zdaniem.

To tak jakby szukać opinii na temat nowej potrawy u osoby, która nigdy wcześniej jej nie próbowała i oczekiwać od niej, że w jasny sposób odpowie czy warto ją jeść. Czy to ma sens? Jak dla mnie nie ma żadnego, aczkolwiek nie o tym chciałam wam dziś opowiedzieć.

Wolałabym skupić się bardziej na miłości jako emocji. Wiecie, w ciągu ostatnich dwóch lat kształcę się pod względem pisania opisów. To nigdy nie było moją mocną stroną, ale pewnego dnia przeczytałam książkę, która miała w sobie bardzo dużo opisów uczuć i wewnętrznych przemyśleń bohatera. Niesamowicie mi się to spodobało. Wiecie - życie emocjonalne innych zawsze mocno mnie interesowało. Możliwość siedzenia w czyjejś głowie i monitorowania jego nastrojów, uczuć, emocji zawsze mnie kusiła i wiecie co? Tak, zrobiłam to.

Nie, nie zostałam psychologiem ani psychiatrą, ale wciąż o tym myślę. Po prostu zaczęłam mocno skupiać się na doznaniach postaci w moich opowiadaniach.

Kiedyś na lekcji języka polskiego rozmawialiśmy na temat narracji w książkach psychologicznych. Jednogłośnie zwyciężyła narracja pierwszoosobowa, chociaż ja mam odmienne zdanie na ten temat. Czasem bohater nie zawsze umie opowiedzieć o własnych odczuciach i książka wtedy traci na wartości, za to w narracji trzecioosobowej narrator jest wszechwiedzący i ma możliwość bardzo dosadnie przeglądnąć duszę i umysł protagonisty. (Oczywiście żeby mówić o dobrej psychologicznej narracji trzecioosobowej trzeba być również dobrym pisarzem, czyż nie?).

Moją pierwszą powieścią psychologiczną zajęłam się w wakacje 2017 roku. Jak na razie zarys fabuły jest, pierwsze rozdziały (jak na razie jest ich trzynaście) już są, bohaterowie obecni, ale czasu brak na jakąkolwiek kontynuacje. To mój pierwszy z poważniejszych projektów, zresztą bardzo ważny dla mnie i potrzebuję się temu całkowicie poświęcić, a szkoła strasznie mi to utrudnia, więc wolę nie lawirować pomiędzy nauką a pisaniem.

Ugh, znów zmieniam temat. Wracając:

Wiecie, jako osoba pisząca, nie uważam się za jakiegoś cudotwórcę czy człowieka, który może mówić o sobie jako o najlepszym lub cokolwiek z tych rzeczy. Oczywiście, miło jest uchodzić za kogoś utalentowanego, ale samouwielbienie i zachwycenie swoją twórczością, czasem może gubić, więc wolę tego unikać (chociaż kiedy zdarza mi się czytać moje zapiski, czasem sama się dziwię, że są tak dobrze napisane i w dodatku moje). Jako amatorka (z trzyletnim doświadczeniem), śmiem jednak uważać, że pisarz powinien posiadać umiejętność pisania o rzeczach, o których tak naprawdę nie wie nic. Czy po tym nie odróżnia się prawdziwego talentu od tandetnej amatorszczyzny?

Posłużę się moim przykładem. Nic nie wiem o miłości (szczęśliwej lub też nie), związkach, zakochiwaniu się, a potrafię pisać do tego całkiem piękne porównania. Nigdy się nie całowałam, ale potrafię dość szczegółowo i dosadnie opisać pocałunek dwóch postaci i to co podczas tego czują. Potrafię wiele rzeczy opisywać, chociaż nigdy tak naprawdę ich nie przeżyłam. To całkiem ciekawe. I ktoś powie: "Przecież możesz czytać dużo książek. Tam na pewno znajdziesz takie rzeczy". I tak ta osoba będzie mieć rację, ale sztuką nie jest plagiat, tylko wczucie się i skupienie na tym co piszemy w danej chwili. To nie może być płytkie, ale głębokie i dobrze przekazane, by inni, równie łatwo jak my, mogli zrozumieć uczucia bohatera.

- Hej! Ten wpis miał być o miłości! DAWAJ TĘ MIŁOŚĆ. - Niektórzy pewnie, by się teraz wtrącili, więc w porządku. Po wielu krętych drogach i rozwidleniach na całkiem inne tematy wreszcie dochodzimy do tego głównego.

Miłość - jak ja to widzę?

Jak dla mnie miłość jest ślepa. Miłość nie wybiera i nie zważa na czas, miejsce czy płeć. Po prostu zjawia się nie chcąc odejść i zagrzewa do działania; mówi "Kochaj, pokaż to, postaraj się", a ty jak niewolnik robisz to, nie myśląc o niczym innym niż o człowieku, z którym właśnie starasz się wspiąć na wyższy szczebel tworzonej relacji. Język ci się plącze i mówisz rzeczy, które normalnie nigdy w życiu nie wypłynęłyby z twoich ust, bo są zbyt odważne i może jak na razie nie odpowiednie - głupie. Wszystko wymaga czasu, ale ty o tym nie myślisz i postępujesz pochopnie, co w świetle dnia przedstawia cię jako człowieka bezwzględnie spowitego szaleństwem i kategorycznie zaślepionego różową, brokatową mgłą, którą natychmiastowo zaczynasz oddychać i która pobudza cię niczym amfetamina lub inne świństwo, którego nigdy byś nie spróbował, bo, tak - właśnie taka jest miłość - uzależniająca, piękna i niebezpieczna...

Czasem jej prawdziwe działanie czujemy dopiero po kilku związkach. Miłość, którą darzymy swoje poprzednie połówki jest wtedy tylko tanim zamiennikiem niż prawdziwym otumaniającym narkotykiem. Dzięki PRAWDZIWEJ miłości czujemy tę różnicę.

A teraz dla uściślenia: nigdy nie próbowałam narkotyków ani nie byłam zakochana, heh.

Czy osoby tutaj zgromadzone, po przeczytaniu wcześniejszego tekstu, choć trochę poczuły jak to jest być zakochanym lub dowiedziały się czegoś jak to wygląda? Mam nadzieję, że tak, choć w małym stopniu.

A jakie jest wasze zdanie na temat miłości i książek psychologicznych (do których na pewno jeszcze wrócę)?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-03-31 18:55:27
O świętach i Super Uzdrowicielu
Święta, święta i po świętach, jak to mówią, ale za nim do tego dojdzie jakoś trzeba je przeżyć, czyż nie?

Święta Bożego Narodzenia czy też Wielkanoc spędzam według tradycyjnego schematu, jak robi to każdy inny człowiek, będący katolikiem. Chodzenie do Kościoła, choinka, kolędy, barszcz - w okresie zimowym - pisanki, koszyczek, sałatki - jeśli chodzi o Wielkanoc.

Za każdym razem moje święta wyglądały tak jak poprzednie. Było nudno, ale klimatycznie i wesoło. W tamtym roku nie było tej wyjątkowości. Połowę grudnia aż do Nowego Roku spędziłam w domu. Od dłuższego czasu mam problemy ze stawem skokowym. Boże Narodzenie 2017 roku spędziłam chodząc o kulach i mając nogę w szynie. Dostawałam zastrzyki przeciwzakrzepowe w brzuch i łykałam tabletki przeciwbólowe, bo uwierzcie - kontuzja kostki nie jest niczym przyjemnym.

Przez dwa poprzednie lata nic nie mówiłam o tym, że obok mojej kostki pod skórą wytworzyło się coś w rodzaju guli wypełnionej płynem. Nie bolało mnie to, więc uznałam, że po co będę denerwować tym rodziców (niespodzianka, mogłam im o tym powiedzieć - błędy młodości). Potem, kiedy poszłam z tym do ortopedy, dostałam ostrą reprymendę za to, że tak się urządziłam, ponieważ ganglion (galaretowaty guzek pod skórą, po wewnętrznej stronie kostki) był naprawdę duży (i cóż, dalej jest).

Dostałam skierowanie na punkcję (nakłucie igłą i ściągnięcia płynu) oraz na badanie USG i RTG.

Nie byłam wszystkim jakoś bardzo przejęta. Prawdziwy stres i strach ogarnął mnie tuż przed wejściem do gabinetu ortopedy na badanie, którego główną atrakcją miała być igła. Powiem od razu - nienawidzę igieł i na samą myśl o nich mam ochotę płakać.

Jak wyglądała moja konfrontacja z lekarzem?

Leżałam sobie na kozetce przygotowana na śmierć, kiedy ten wszedł i powiedział:

- To tylko małe nakłucie.

- Wiem, właśnie tego się boję - odpowiedziałam.

- Ja też - skwitował i wtedy już wiedziałam. Wiedziałam, że osoba, która będzie robiła mi zabieg, jest prawdopodobnie osobą, do której nigdy bym nie poszła. I miałam rację.

Jak się z biegiem kilku tygodni okazało, Super Uzdrowiciel (czaicie mój sarkazm?) tylko pogorszył sytuację. Zepsuł mi święta i ogólny nastrój, a ja nie mogłam spać po nocach przez ból, ponieważ nie przepisał mi środków przeciwbólowych. Męczyłam się przez tydzień, omijając szkołę i dopiero potem poszłam na drugą wizytę i DOPIERO WTEDY wypisał mi receptę i wsadził moją stopę w szynę. Świetnie, nie? Nie. Chociaż powiem wam, że przez cały okres zwolnienia miałam przynajmniej czas na pisanie i czytanie książek - ale głównie na pisanie. Wiecie ile mam pomysłów do realizacji? Zrobię na ten temat osobny wpis, więc na pewno się dowiecie! Ale wracając...

Po nowym roku wszystko ustało i wreszcie zaczęłam chodzić bez kul. Normalnie zaczęłam ćwiczyć na wf-ie, chodziłam na treningi, które miałam po lekcjach (o nich też opowiem wam później). Wszystko super, fajnie, nic nie bolało i w błogim spokoju czekałam sobie na operację, którą mam mieć 6 czerwca.

Przychodzi czas na kolejne święta - tym razem nie bożonarodzeniowe, lecz wielkanocne. I znów zaczęły się schody. Teraz znów nie mogę chodzić, staw boli mnie niemiłosiernie. Pogoda jest przednia - wypadałoby wyjść i zrobić sobie spacer, dotlenić się, pomyśleć... Ale nie! Ponieważ nie możesz chodzić, musisz siedzieć w domu, a twoja mama, korzystając z okazji daje ci warzywa, deskę do krojenia i nóż, po czym jesteś skazana na robienie sałatek świątecznych.

Ugh...

No nic. Przynajmniej w spokoju mogę pisać i czytać książki - tak wyglądają moje święta. Mogę leżeć przez cały dzień i uwierzcie, wiele osób pewnie, by tak chciało, ale to w końcu staje się męczące (szczególnie kiedy przeżywacie to drugi raz) i nudzi wam się ciągłe nic nierobienie.

Ten post nie był planowany, ale chcę wam przekazać, żebyście nie ignorowali czegoś, co być może przyczyną waszych późniejszych problemów ze zdrowiem. U mnie szykuje się kolejne zwolnienie z wf-u... Jak najszybciej udawajcie się do lekarza (ale wybierajcie NAJLEPSZEGO), nawet jeśli was prawie nie boli, bo potem może okazać się ze będzie już za późno i będziecie potem płakać jak ja.

Mądry Polak po szkodzie - w stu procentach się z tym zgadzam. Wiem to z autopsji.

Jak na razie życzę wam WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH, może przynajmniej u was jest lepiej niż u mnie.
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-03-28 22:14:23
O prawdziwych i internetowych przyjaźniach
Ciągle słyszę: "Nie zadawaj się z ludźmi z internetu, nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie", ale prawda jest taka, że gdybym nie zignorowała tych ostrzeżeń, chyba nigdy nie poznałabym tak cudownych osób, jakimi są moje internetowe przyjaciółki. Wiadomo, że zawarcie znajomości przez internet nie zawsze wychodzi, ponieważ zarówno jedna jak i druga strona zobowiązana jest do wzajemnego interesowania się sobą i pisania (jak w moim przypadku) kilka razy w tygodniu lub codziennie.

Najlepiej jest poznawać ludzi, jak to się mówi - na spontanie. Te znajomości zazwyczaj są najsilniejsze i mają dłuższą żywotność niż te, w których piszemy do przypadkowej osoby (która swoją drogą może nie chce z nikim się zaprzyjaźniać) i na siłę próbujemy utrzymać relację z góry skazaną na porażkę. Nie mówię, że jestem jakimś specjalistą w tych sprawach, ale powiem szczerze - wolę moje internetowe przyjaciółki niż te, które mam w prawdziwym życiu. Oczywiście to nie oznacza, że jedne lubię mniej a drugie bardziej - każdą z nich lubię tak samo.

Moim zdaniem znajomości przez internet, pomimo dzielących nas kilometrów i niedostępność, są lepsze niż te, które mamy na co dzień w swoim życiu. Z osobą z zewnątrz na spokojnie możesz porozmawiać dosłownie o wszystkim, możesz się zwierzyć, po prosić o pomoc - może nie taką fizyczną, ale coś w stylu rady lub podbudowania na duchu. W realnych przyjaźniach nie zawsze można pozwolić sobie na pełną szczerość, ponieważ wiadomo, że będzie się to wiązało z innymi, czasem niemiłymi rzeczami.

Ja przyjaźnię się z grupą osób, które są naprawdę najlepsze pod każdym względem, ale mam wrażenie, że przy niektórych czuję się lepiej i jestem super otwarta, a inne z kolei mnie aż onieśmielają i potrafię nie odezwać się nawet przez cały dzień i trzymać się z boku. Nie wszystko wychodzi naturalnie i sądzę, że to może z mojego powodu, ponieważ czasem nie potrafię w pełni angażować się i włącza mi się tryb aspołecznej dziewczyny, ale sądzę, że po prostu po pewnej sytuacji (o której wam raczej nie opowiem) wolę trzymać się na dystans, by potem tak bardzo nie przeżywać tego, gdy będzie coś nie tak.

Z kolei przez internet jest mi łatwiej pisać niż mówić. Mogę dokładnie przemyśleć, co chcę powiedzieć i w efekcie, po wielu tygodniach rozmów, spotkanie w realu nie stanowi dla mnie większego problemu, ponieważ czuję, jakbym znała tę osobę przez całe swoje życie. To wychodzi bardziej naturalniej w moim mniemaniu.

Oczywiście to tylko moja opinia, spotkałam się z różnymi osobami, które w większym lub mniejszym stopniu wpłynęły na to jak postrzegam teraz relację zwaną przyjaźnią.

Próbowałam wiele razy znaleźć znajomych zza granicy, ponieważ byłam ciekawa innych kultur, obyczajów itp. Twitter jest naprawdę świetną społecznością i kiedy zjawiłam się w fandomie mojego ulubionego zespołu, poznałam tam trójkę świetnych ludzi.

Ale zacznijmy od początku.

Seriale łączą ludzi - tyle w tym temacie. Około trzy lub cztery lata temu, na grupie facebookowej o moim niegdyś ulubionym serialu o nazwie "Wspaniałe Stulecie" (tak, to serial kostiumowy, o losach osmańskiej dynastii, a dokładniej o czasach, w których na tron wstąpił Sulejman II Wspaniały), poznałam Kasię i Mateusza. Pomimo dużej różnicy wieku pomiędzy mną i Kasią, a Mateuszem wszyscy świetnie dogadywaliśmy się w poście przeznaczonym na serialowe memy. Poczucie humoru, powiedziałabym, mieliśmy takie samo, pomysły i opinie na różne tematy również.

Wkrótce stworzyliśmy własną osobną grupkę, na której pisaliśmy śmieszne scenariusze do naszego ulubionego serialu, udawaliśmy bohaterów i gdybaliśmy na temat kolejnych odcinków. Z Mateuszem nie piszę już zbyt często - jest po dwudziestce i ma własne życie, jednak od czasu do czasu wymienimy kilka słów.

Relacja z Kasią potoczyła się zupełnie inaczej.

Dystans z każdym kolejnym dniem zaczynał nam doskwierać, a zwykłe rozmowy nie wystarczały, więc 7 lipca 2017 roku postanowiłyśmy się spotkać. Kiedy przyjechała do mojego miasta, spotkałyśmy się w McDonaldzie. Nasz pierwszy przytulas po dwóch latach odbył się na parkingu dla niepełnosprawnych, gdzie prawie upadłyśmy na twarze. Kasia została u mnie na noc i powiem wam, że urządziłyśmy sobie nocny maraton filmowy, chociaż na drugi dzień w planach miała zwiedzanie Krakowa. Nasze spotkanie minęło naprawdę szybko, a tęsknota na nowo zagościła w moim sercu, kiedy żegnałam ją na przystanku autobusowym.

Teraz nie piszemy za często, z powodu braku czasu, ale wciąż o niej myślę i tęsknię naprawdę bardzo mocno i mam nadzieję, że wkrótce spotkam ją ponownie.

Ją jako jedyną poznałam na Facebooku. Czas na trzy osóbki z Twittera.

Jak już mówiłam szukałam osób zza granicy. Ostatnio, dokładnie 18 marca, obchodziłam rok internetowej przyjaźni z Eriką, która mieszka we Włoszech. Mówiłam wam, że nie można robić niczego na siłę, prawda? Złożyło się tak, że Erika zaobserwowała mnie pewnego dnia, a ja widząc, że mamy tych samych idoli, napisałam do niej, dziękując za jej follow. Okazała się być naprawdę kochaną osobą, która również jak ja w tamtym czasie była samotna i szukała internetowej przyjaciółki. Szybko zapytała czy możemy się lepiej poznać, a ja zgodziłam się i piszemy do dzisiaj, zwierzając się sobie z różnych problemów, poznając swoje kraje nawzajem i rozmawiając wspólnie na temat naszych idoli. Pomimo że mieszkamy na jednym kontynencie, wiadomo że spotkanie się nie będzie najłatwiejszą rzeczą, jednak planujemy nasz idealnie spędzony dzień w niedalekiej przyszłości. Może ona przyleci do mnie, może ja do niej? A może spotkamy się w Londynie lub Amsterdamie? Pomysłów mamy naprawdę wiele i naprawdę liczymy, że kiedyś się spotkamy.

Z Adą z kolei poznałyśmy się w dziwnych okolicznościach. Zaczęło się od tego, że odpowiedziałam na jej tweeta, a potem wpadłyśmy w trans komentowania i cytowania swoich tweetów. Następnie zrobiłyśmy konkursik na lepsze fotomontaże ze swoimi idolami (nie zdradzę wam, co zawierało moje zdjęcie) i następne wymiany zdań, które padły pomiędzy nami prowadziłyśmy za pomocą caps locka. Muszę wam powiedzieć, że uwielbiam pisać caps lockiem, jeśli bardzo się czymś ekscytuję, a wtedy byłam naprawdę zafascynowana nową znajomością.

Najśmieszniejsze jest to, że z Adą zaczęłyśmy pisać 1 września tamtego roku, ale choć znamy się krótko, ciągle piszemy o swoich odczuciach na rozmaite tematy i zwierzamy się sobie (jeśli mamy czas, a ja nie jestem na tyle leniwa, żeby odpisać). Już na początku dowiedziałam się, że jeździ na wózku. "Nie widłowym, lecz elektrycznym", jak często powtarza. Jej niepełnosprawność nie przekreśliła naszej relacji, bo dlaczego by miała? Mam kilku kolegów i kilka koleżanek, którzy także nie chodzą, ale mimo to są naprawdę wartymi uwagi osobami.

Ja i Ada nie mamy tych samych idoli, chociaż kojarzymy ich po piosenkach. Myślę, że połączyły nas nasze dobre poczucie humoru, sarkazm, podobne zdania na dane tematy i fakt, że lubimy nadużywać caps locka i łamać zasady netykiety.

Ada jest naprawdę świetna, a najbardziej podoba mi się to, że nie odpuszcza i stara się podtrzymywać naszą relację, kiedy ja jestem zbyt leniwa, by napisać pierwsza.

Z Anitą znam się jeszcze krócej, bo od 11 stycznia tego roku. Konto z nowościami o mojej ukochanej parze postanowiło zrobić coś, jak sparowanie ze sobą poszczególnych osób. Ludzie dzielili się na dwie grupy, porównując się do jednej osoby z ludzi, o której prowadzone jest konto. Milena (która wpadła na pomysł, by zrobić coś takiego) wybierała po jednej osobie z jednej i drugiej grupy po czym tworzyła osobne grupki, łącząc wybrane osoby ze sobą. W taki sposób poznałam się z Anitką - moją idealną bratnią duszą.

Na początku pisałyśmy dużo, chcąc się poznać. Mamy wspólne zainteresowania, więc tematów miałyśmy ogrom do wykorzystania. Wiele razy zdarzało się tak, że nie pisałyśmy często (tak nadal jest) głównie z mojego powodu, ale ona zawsze przy mnie była i pomagała mi z pewnymi rzeczami. Anita jest naprawdę charyzmatyczna, miła, czasem sypnie sarkazmem, ale jedno wiem - ma ogromne serducho i widać to naprawdę wyraźnie (tak jak u Eriki). Codziennie do siebie snapujemy - głównie ona. Robi super volgi, których zbiera się potem masa, ale w wolnej chwili mam przynajmniej co oglądać i mogę być spokojna, że wszystko u niej w porządku.

Jedyne co chcę powiedzieć to, że bez względu na to jak mało będziemy pisać, moje kochane, to wasza czwórka na zawsze będzie w moim sercu i bez przerwy o was myślę i tęsknię!

A co z wami? Macie internetowe znajomości?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-03-25 11:36:06
ABC... Nauczyciele
Jakby się tak zastanowić, to jestem całkiem poważną osobą pomimo mojego młodego wieku. Naprawdę czasem mam wrażenie, że wolę przebywać w towarzystwie dorosłych niż rozmawiać z rówieśnikami.

Na przykład: przerwy szkolne wole spędzać w bibliotece, rozmawiając i zatruwając życie bibliotekarce, którą traktuję bardziej jak koleżankę niż nauczycielkę (co nie oznacza, że jesteśmy na ty i nie mam do niej szacunku, bo, uwaga, zdziwię was - szanuję ją).

Najbardziej uwielbianą przeze mnie rzeczą w mojej szkole są nauczyciele. Są bardzo miłą "rzeczą" i to jeden z powodów, dla których zostałam w tym konkretnym gimnazjum po ukończeniu szkoły podstawowej.

Opowiem wam trochę o tych przemiłych ludziach (to brzmi jak sarkazm, ale naprawdę nim nie jest).

Lubię rozmawiać z panią od matematyki lub panią od języka polskiego, choć robię to naprawdę rzadko, ponieważ są dla mnie pewnego rodzaju autorytetami i nie chcę strzelić przed żadną z nich jakiejś gafy (chociaż parę razy się zdarzyło).

Pani od matematyki (oraz fizyki) jest jak dla mnie zmienną osobą. Kiedy zaczęliśmy naukę w gimnazjum wywarła na nas wrażenie surowej i wymagającej nauczycielki oraz zniszczyła nam humor już pierwszego dnia w nowym roku szkolnym. To nie jest tak, że każda matematyczka jest jędzą - to tylko pozory, a pozory mylą i w tym przypadku również nie były trafne.

Z początku lekcje matematyki i fizyki powodowały u mnie ogrom stresu i złego samopoczucia, ale z czasem zdałam sobie sprawę, że nie mam powodów do denerwowania się, jeśli będę się systematycznie uczyć. Pomimo tego, że nasza nauczycielka dużo wymaga, ciągle powtarza nam byśmy przerabiali zadania z lekcji, uczyli się definicji, teorii i wszystko inne, to z ręką na sercu mogą powiedzieć, że jestem jej za to wdzięczna.

W podstawówce dostawałam same tróje i czwórki z matematyki. Piątki były u mnie rzadkością. W gimnazjum dostrzegłam ogromną zmianę na lepsze i bardzo się z tego cieszę.

Matematykę mamy codziennie i zawsze te czterdzieści pięć minut spędzamy w ciszy, spokoju i skupieniu. Na lekcjach nasza nauczycielka jest niekiedy ostra, ale tak naprawdę jest sympatyczną i ciepłą osobą, która chce dla nas jak najlepiej.

Cieszę się, że w kółko uświadamia nam, że w szkole średniej będzie gorzej niż teraz (wyczuwacie tę ironię, prawda?).

Dzięki pani od polskiego i sposobu w jaki prowadzi lekcje, mogę powiedzieć, że uwielbiam zajęcia z literatury czy nieszczęsne ćwiczenia gramatyczne. Nasza polonistka jest naprawdę szalona; zwiedziła więcej miejsc niż ja palcem po mapie na geografii, pała gorącą miłością do pewnego brytyjskiego zespołu rockowego, uwielbia serię książek i filmów o wspaniałym czarodzieju i w ogóle. Myślę, że jest nauczycielką "na czasie" jak to się mówi. Z nią omawianie lektur nawet nie jest katorgą, a rozkładanie zdań na czynniki pierwsze to czysta przyjemność. Okej... za bardzo to podkoloryzowałam, ale z nią zawsze jest zabawnie.

Dokładnie 7 kwietnia 2016 (mam nadzieję, że dobrze pamiętam) pozwoliła nam nawet posłuchać debiutanckiego singla mojego ( i moich przyjaciółek) idola i naprawdę dobrze wtedy zaczęliśmy dzień.

Myślę, że to własnie ona odkryła we mnie smykałkę do pisania i naprawdę jej za to dziękuję, ponieważ sama nie wiedziałam, że mam "to coś". W podstawówce leciałam na czwórkach z wypracowań, a moja ortografia i interpunkcja były katastrofą, teraz to totalna przeszłość i jestem pewna, że kiedyś będę nawet lepsza niż jestem już teraz.

Nigdy nie miałam okazji dłużej niż kilka sekund porozmawiać z naszym dyrektorem (który, uwaga, też jest polonistą!) albo inną panią od polskiego, chociaż wiem, że są to naprawdę mądrzy i interesujący ludzie.

Nigdy jakoś specjalne nie udało mi się pogadać z panią od angielskiego. To naprawdę sympatyczna i ciepła kobieta i czasem szkoda mi jej, kiedy ma z nami lekcje, bo trzeba wam wiedzieć, że nasi chłopcy są bardzo niegrzeczni i tyle ile ona wycierpi z nami przez te czterdzieści pięć minut...

Angielski ma z nami trzy razy w tygodniu, więc naprawdę jej współczuję, ale mimo wszystko zawsze jest uśmiechnięta i tryska energią. Nawet wtedy, kiedy ostatnio rano szłam do szkoły a ona odprowadzała córkę do przedszkola - wymieniłyśmy ze sobą krótkie "dzień dobry", a ona uśmiechnęła się szeroko, poprawiając mi humor na cały dzień.

A potem dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że nie wyciągnęłam wtedy słuchawek z uszu... Ale, halo! Słuchałam nowej piosenki mojego idola, a to możemy chyba zaliczyć do nauki angielskiego, racja?

Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe... Naprawdę nie miałam zamiaru okazywać jej braku szacunku w ten sposób.

Tak samo jak panu dyrektorowi, kiedy na jego pytanie: "Czy ćwiczysz?" odpowiedziałam: "Może".

- Wiesz, jakie może być morze? - zapytał. - Morze Bałtyckie.

I wyszedł z biblioteki. Na tym skończyła się nasza rozmowa, a ja przez resztę dnia zastanawiałam się czy moja odpowiedź zabrzmiała aż tak bezczelnie, że w ten sposób musiał mnie zripostować czy po prostu miał dobry humor...

Będąc przy temacie zabawnych sytuacji z dyrekcją w roli głównej, przestrzegę was. Nigdy, ale to przenigdy nie przytrzymujcie drzwi do biblioteki komuś, kto jest po drugiej stronie i nie ciągnijcie do siebie klamki, by ten ktoś nie mógł wejść do wewnątrz pomieszczenia. Droczyłam się po prostu z kolegą i nie chciałam go wpuścić do biblioteki, a kiedy wreszcie dałam za wygraną z siłowaniem się z nim po drugiej stronie, nie było mi jakoś szczególnie do śmiechu, ponieważ okazało się, że mój kolega stał z boku, a osobą z którą się siłowałam był wicedyrektor gimnazjum... Tak, ale przypał, pewnie pomyśleliście i... tak, macie racje.

Nie dostałam jakiejś ostrej reprymendy za to, że prawie urwałam klamkę i w sumie miło wspominam tamten dzień. Wkurza mnie tylko fakt, że po tym incydencie wicedyrektor mówi do mnie "Klameczka"... Lecz cóż. W końcu zasłużyłam na to przezwisko, prawda?

A co tam u waszych nauczycieli?
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-03-23 14:53:36
Stacja XI - co robimy na Religii?
Nie ukrywam, że na tym blogu znajdziecie prawdopodobnie wszystko. Od moich życiowych przemyśleń, przez ciekawe historie z mojego jakże nudnego życia, po kontrowersyjne (dla niektórych osób) tematy. Niekiedy główna tematyka wpisu będzie wiązała się z czymś, czego w ogóle się po mnie nie spodziewaliście.

Jesteście ciekawi, jak poważne lub dziwne mogą być wpisy na tym blogu?

Zostańcie i posłuchajcie uważnie.

Od początku roku uczy nas nowy ksiądz. Nie będę ukrywać, że na początku się go bałam, ale okazało się że równy z niego gość (jeśli mogę tak powiedzieć o księdzu), ale mniejsza z tym.

Ostatnio na religii wypisywaliśmy Stacje Drogi Krzyżowej (nie wiem z jakich liter to napisać, chociaż ostatnio na polskim przerabialiśmy lekcje o zestawieniach, ech) i mieliśmy narysować jedną z nich w zeszycie.

- Cofniecie się do przedszkola, to pierwsza część zadania - oznajmił. - Druga polega na napisaniu krótkiego rozważania związanego ze stacją, którą narysowaliście.

Powiedziałam sobie wtedy: "Okej, niech będzie". Wybrałam stacje XI - przybicie Pana Jezu do krzyża - po czym zabrałam się za szkic. Musicie wiedzieć, że kiedyś całkiem dobrze wychodziły mi takie rysunki, ale teraz mój zarys anatomii ręki wygląda okropnie i nie będę się tym chwalić.

Na razie przemilczę temat o moich zdolnościach artystycznych. Może kiedyś jeszcze do tego wrócę...

W każdym razie, kiedy wróciłam do domu zajęłam się drugą częścią zadania, a mówiąc dokładniej - napisałam krótkie rozważanie. Nie było to dla mnie wyzwaniem, ponieważ od początku wiedziałam, co chcę napisać. Bardzo rzadko zdarza się tak, że nie wiem jak ubrać w słowa moje przmyślenia. (No okej, zawsze mam tak na lekcjach polskiego i niekoniecznie jest to dla mnie korzystne). Moje rozważanie brzmiało tak:

"Każdy z nas niesie swój krzyż. Każdy z nas także popełnia błędy, grzeszy. Czasem jesteśmy wręcz zaślepieni przez zło, którego powinniśmy wystrzegać się jak ognia.

Grzech obezwładnia nas i nie pozwala na wyrwanie się z jego ramion. Jest jak żołnierz, który krępuje nasze ręce i przybija nas do krzyża tak, jak przez nasze grzechy Pan Jezus został przybity, by nas zbawić i zmartwychwstać.

Nie pozwólmy, by grzech zawładną naszymi sercami i przytwierdził nas do niesionego przez nas krzyża, byśmy nie mogli znaleźć się w domu naszego Pana.

Syn Boży - choć miał wybór - wypełnił wolę Ojca, zbawiając świat. My także mamy wybór i od nas samych zależeć będzie czy staniemy po stronie Boga czy szatana".

Nie mówcie mi, że nie brzmi to dobrze i że nie mam smykałki do wywodów teologicznych. Nie powinnam sobie schlebiać, ale chciałabym usłyszeć coś takiego w kościele... Wiem, jestem mega skromna.

Wiecie, miałam pewny dylemat, pisząc to zadanie. Wahałam się nad sformułowaniem "nie miał wyboru, ale ty go masz" a "miał wybór i wybrał dobrze, my też tak róbmy". Wybrałam, jak widać, to drugie ( oczywiście w innej formie). Zastanawiałam się nad tym czy ta pierwsza wersja nie brzmiała trochę oskarżycielsko, bo wiecie Bóg nie powiedział do Jezusa, że ma iść i zostać ukrzyżowany, a potem zmartwychwstać, żeby nas ocalić i że: "Musisz to zrobić i koniec kropka".

Syn Boży miał taką moc, że mógł się jeszcze wyratować od całej tej drogi na Golgotę, racja? I tu pojawia się pewne pytanie, na które dalej nie znam odpowiedzi: Czy mimo tak wielkiej mocy, Jezus miał wybór i mógł zmienić swój los?.

Uznałam, że tak, ponieważ zaufał Bogu i spełniał jego wolę. Przecież mógł tego nie robić, racja? I to ciągnie za sobą kolejne pytanie: Czy faktycznie Jezus miał wybór skoro przyszedł na świat, by nas zbawić i prawdopodobnie i tak by tego nie uniknął?

Moje rozważanie poruszało temat Sakramentu Pokuty i Pojednania, do którego powinniśmy przystępować co miesiąc. Najważniejszym elementem dobrych stosunków międzyludzkich jest rozmowa i z Bogiem jest podobnie. Wyobraźcie sobie, że przypominamy sobie o nim, gdy dzieje się coś złego a kiedy żyjemy beztrosko mamy go gdzieś - nie chodzimy do Komunii Świętej, omijamy niedzielne msze, nie spowiadamy się.

- Ludzie przypominają sobie o mnie, kiedy czegoś ode mnie chcą. - Tak pomyślałby Bóg choć wszyscy dobrze wiemy, że żadnemu ze swoich dzieci nigdy nie odmówiłby pomocy.

Chciałabym dowiedzieć się jaką opinię ma nasz ksiądz w tej sprawie, ale w dalszym ciągu nie sprawdził naszych zadań. Zresztą, ten człowiek sam w sobie jest zagadką tak samo jak Biblia.

A co wy myślicie na ten temat?

Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-03-20 13:58:39
Życie - jaki ma smak? O wartościach w życiu człowieka
Wiecie... Mam czasem takie dni, podczas których znoszą mnie prądy filozoficzne i wręcz muszę wylać swoje przemyślenia na papier i podzielić się nimi z innymi.

Jedząc kiedyś kolację, pomyślałam sobie, że życie każdego z nas jest jak potrawa, jakieś danie. Wiem, że to porównanie może wydawać wam się absurdalne, ale jeśli postanowicie zostać i przeczytać mój wywód do końca, na pewno zrozumiecie, co mam na myśli.

Posłużę się przykładem babeczki. Wyobraźcie sobie, że dostajecie ode mnie po jednej i kładziecie ją przed sobą na stole. Na razie nie możecie jej zjeść, ale możecie podziwiać jej idealny wygląd i zapach. Chcę, abyście skupili się na tym z jakich składników może powstać takie ciastko.

Jajka, mleko, masło, cukier, proszek do pieczenia, czekolada...

Teraz wyobraźcie sobie, że to małe ciasto jest waszym życiem i trzeba połączyć wiele różnych składników, by dobrze smakowało. Każdy składnik jest jakąś rzeczą w naszym życiu, jest wartością. Jak wiadomo, każdy z nas ma swoją piramidę wartości, która będzie się od siebie bardziej lub mniej różniła, jednak dla każdego z nas będzie ważna. Aby taka babeczka powstała, potrzebujemy najpierw podstawowych składników. Czekolada, owoce i lukier mogą poczekać, to tylko dodatki. Widzicie, nie wymieniłam wcześniej jednego produktu, który jest chyba najważniejszy.

Mąka - własnie o nią mi chodzi. Mąka jest naszą podstawą. A teraz zastanówcie się, czego odzwierciedleniem może być mąka w naszym życiu.

Rodziną? Tak, ponieważ to ona wszystko zapoczątkowuje, daje nam poczucie bezpieczeństwa, miłość i ciepło. Wychowuje nas i pomaga.

Zdrowiem? Oczywiście. Czym byłoby nasze życie, gdybyśmy nie posiadali zdrowia? Gdybyśmy ciągle chorowali lub byli chorzy na coś śmiertelnego?

Innymi składnikami w naszym życiu są na przykład: przyjaźń, miłość, niekiedy pieniądze, kariera, sława. Życie jest jak potrwa, musi być kompletne, żeby dobrze smakowało.

Czym będzie, jeśli zabraknie w nim głównego składnika? Czy będzie dobre, jeśli pozostawimy je bez przypraw?Czy kucharza, który nie wykorzystuje wszystkich składników, możemy nazwać "dobrym"?

Jak już wspominałam, każdy kieruje się innymi wartościami. Każdy będzie zatem inaczej dobierał swoje składniki, tworząc własny niepowtarzalny smak. Każda potrawa będzie się różnić, nigdy nie będzie dwóch identycznych. Wszystko musi się ze sobą łączyć, a przede wszystkim musi być, bo jeśli zabraknie choć jednego dodatku, czy nasza potrawa ma szanse się udać i potem dobrze smakować? Niestety nie zawsze jest to możliwe i w większości przypadkach nasze gotowanie czy pieczenie kończy się klęską. Możemy być nieszczęśliwi. Będziemy czuli ciągłą pustkę, bo będzie nam czegoś brakować. Nasze życie będzie niekompletne, rozumiecie?

Myślę, że w naszym wieku najważniejsi są przyjaciele, mama, tata... szczęście. Potrafcie wyobrazić sobie życie bez nich?

Byłoby świetnie, gdyby dla wszystkich priorytetem były rodzina, zdrowie, przyjaźń, miłość, wiedza. Ciągle słyszy się, że w dzisiejszych czasach ludzie gonią za pieniądzem, zajmują się wyłącznie karierą i są kompletnie obojętni na niektóre rzeczy, które w gruncie rzeczy powinny być u nich na pierwszym miejscu. Nie mówię, że źle jest myśleć o materialnych rzeczach, ale przecież to tylko przedmioty, które w każdej chwili można stracić ot tak. Co innego z wartościami, które są niewidoczne i które powstają pomiędzy ludźmi - są trwalsze, mocniejsze i w większości przypadkach nie znikają z dnia na dzień.

Podsumowując, życie jest jak powstająca potrawa, której kucharzami jesteśmy my sami. I tylko od nas zależeć będzie, jakie składniki dodamy i czy nasze życie będzie słodkie i pyszne. Jednak wiadomo również, że danie trzeba zjeść, prawda? Smakoszami zostajemy wówczas my sami. Naszym postępowaniem, trybem życia, dajemy sobie czas na istnienie. Od nas zależeć będzie czy będziemy się naszym życiem delektować czy może przeżyjemy je szybko, zapominając jaki miało smak. Jesteśmy kowalami własnego żywota i to w większości od nas zależeć będzie, kiedy na talerzu pozostanie pustka. Kiedy zabierze nas śmierć.

Mam nadzieję, że po dzisiejszej "lekcji" coś zostanie wam w głowach i odpowiecie sobie na pytanie "Czym są moje wartości, którymi się kieruję?".
Kategoria: Szkoła

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-03-21 15:52:50

Autor: Trzymat

Bardzo mądre słowa
Zaloguj się aby komentować.
piórkiem_po_słowach

Uwielbiam czytać i pisać książki. W wolnych chwilach słucham muzyki i sprawdzam jak się mają moi idole. Motto na całe życie: "Traktuj ludzi z życzliwością". All the love K. xx

Blogi tego użytkownika:

Szkoła Życia - rozważania o wszystkim i o niczym

Ostatni wpis: 2019-05-28
Listy do utraconej - recenzja
Książka pod tytułem "Listy do utraconej" wyszła spod ręki Brigidy Kemmerer w 2017 roku i zachwyciła ludzi na całym świecie. Pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę na wakacjach. Mocno...
ZAMKNIJ X